Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rap dzifffki kokaina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rap dzifffki kokaina. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 kwietnia 2012

"I am the one who told george bush that he could be a president".


Dope D.O.D. - Branded (2011)
Ci chorzy pół-ludzie, pół-nie wiadomo co, nie uznają żadnych świętości, nie stosują półśrodków, nie biorą jeńców, strzelają do dzieci i niewiast. Przed takimi typami jak oni, ostrzegały Nas matki. Twoja młodsza siostra po spotkaniu z Holendrami już nigdy nie byłaby tą samą, niewinną dziewczynką. Co by nie pisać o Dope D.O.D., idealnie wstrzelili się ze swoją definicją hardkorowego, podsyconego dubstepem, hip-hopu. Dmuchnęli w żagle statku, wodowanego w 2009 przez Foreign Beggars za pomocą „United Colours Of Beggattron”, z tym,że załadowali na pokład treści typowo nadające się na horror. I widać/słychać , że zrobili to skutecznie, docenieni przez Korn, i Limp Bizkit przed którymi grali supporty.


Sprawa jest prosta. „Branded” to nazwa planety na której Dopey Rotten, Jay Reaper, Skitz Vicious postanowili umieścić dużo wszelakiej maści okropieństw – a Twoje ciało znalezione w wannie pełnej krwi na tyłach jakiegoś dziwnego domostwa zaliczałoby się do najlżejszego – oraz sporo nielegalnych tematów. Bo partycypujemy tu np. w pięknej balladzie, odzie do narkotyków - „Candy Flipping” (oj jakże przewrotny tytuł), co ciekawe, numer należy do jednego z najgładszych na płycie, a gitarka nadaje tym prawie 4 minutom lekkiego vibe`u. Reszta już nie prezentuje się tak lekko i śmiało możemy wrzucić większość tracków stąd do szufladki tytułowanej: instant pożoga, rozpierdol, armagedon, rebelia.


Każdy z tej trójki barbarzyńców prezentuje się solidnie jeżeli chodzi o mordowanie bitu. Co prawda nie osiągają mistrzostwa w sztuce, ale razem tworzą zgrany kolektyw, dobrze naoliwioną maszynę. Jednak trzeba sobie zdać sprawę, że już solowo nie kopałoby to tak tyłków. Z drugiej zaś strony jeżeli nie wypada się blado przy Seanie Pracie (tak, Piiii z Heltah Skeltah), ba, dorównuje się mu poziomem tak jak ma to miejsce w tracku „Psychosis”, to świadczy to o jakiejś skali talentu reprezentantów Groningen. Poza tym wersy: "I am the one who told george bush that he could be a president", prezentują zarówno pomysłowość jak i uświadamiają Nas w wielkości pojebania ludzi spod pomarańczowej bandery.

Last, but not least, na koniec pozwoliłem sobie zostawić fundament sukcesu „Branded”, za którym kryje się niejaki Peter Songolo. Pozostający w cieniu swoich bardziej charakterystycznych kolegów , a prościej rzecz ujmując, producent praktycznie zawsze startuje zza pleców MC choćby ten cechował się wyrazistością kisielu, przygotował sporą dawkę kopiących tyłki melodii. Często przywodzą na myśl najlepsze fragmenty wspomnianego „UcoBBeggarsów czy słynne, osławione „Contact”, niewątpliwy plus bez jakichkolwiek podejrzeń o kopiowanie. Songolo pokręcił gałkami swojego automatu; zgotował serię cięć tępą piłą produkując numery zachęcające do rozkurwienia czekogolwiek, kogokolwiek. Więc jeśli czeka Cię ciężki dzień przeprawy przez „ocean” kontaktów z idiotami to „Branded” wydaje się być idealną dawką wspomagania w tym trudnym czasie.



                      sir Klepsky.

niedziela, 1 kwietnia 2012

The Dreamer/The Believer.

Wstępnie kilka zdań na wolno w temacie LP, a dalej mały dyskurs pomiędzy mną a Kacprem:

Common krążkiem The Dreamer The Believer zdecydował się porzucić postawę zaangażowanego, inteligentnego artysty,  przykładnego człowieka, wzorca dla młodych adeptów miejskiej dżungli, na rzecz chłopaka bawiącego się życiem, w tym groźnego faceta , który ma niejeden sposób jak wypatroszyć wack mc`s. Dla ultrasów poczynań Commona powyższa cenzurka płyty jest dyskredytująca, bo Ci przyzwyczajeni do ciepłych, bogatych w miłość numerów niechętnie przyswoją storytellingowe "Raw" czy "Sweet" z liniami pokroju "How Can I say this?/ Fuck it, i`m the greatest." Swoją droga niemiłosiernie prosta, ale jakże imponująca gdy wjeżdża nią Common na bicior.

Mimo, iż Common spłycił liryki w porównaniu do poprzednich wydawnictw to nie ma siły by odczepić stały element nagrań autora "Like Water For Chocolate". Potwierdzeniem niech będą ciepłe "love i lost", pogodne "blue sky" albo "the believer" z udziałem Johna Legenda. Zachodzi tu umiejętne balansowanie pomiędzy jurnymi przechwałkami, dostatnią, elitarną zabawą w gronie najbliższych przyjaciół, a historiami o większym bagażu pozytywnych emocji... 


Kacper
a jak ci siadła płyta commona
Klepa
jeszcze nie sluchalem
ale z singli to ghetto dreams i the raw
Kacper
kozacki jest na maxa
jest taki muzyczny idealny
Klepa
mowisz?
Kacper


bardzo dojrzały
Klepa
sprawdze na pewno na dniach to sie podziele
opinia
ale slyszalem rozne skrajne
Kacper
ja juz 3dzien męcze
Klepa
Ty mowisz,ze mega, ktos tam,ze raczej slabo
Kacper
tez myslalem
ze oprocz ghetto dreams nic
ale
wiesz
za tym 7 razem to juz
Klepa
no, to juz kiedys wrzucalem na tablice 
to kozak
+ jeszcze 2/3 single, to wszystko co slyszalem
Kacper
7 razy płyta
robi swoje
tak samo o pariasach myslalem i czytalem ze gówno
ale niektóre po prostu
idealnie mi siadają
Klepa
postaram sie napisac cos o tym
bo ponoc ta plyta jest lzejsza niz pozostale commona
Kacper
o wiele
moim zdaniem
Klepa
ale o nawijeczke tu sie nie boję raczej
Kacper
nie
chodzi
o nawijke
Klepa
to jak wlasnie w tym singlu leci blue sky, albo w the raw - o to chodzi !
Kacper
styl tekstów ten sam i on jest troche dla mnie uciążliwy, a raczej był, cięższy, ale w połączeniu z tak świetna kompozycja szok.
poza tym sa
na płycie mocniejsze momenty
gdzie on z buta wjezdza
a są lajtowe z użyciem pianina wolniejsze


gdzies mniej wiecej 48 sekunda
mocne wejscie
i mocna nawijka
Klepa
no to wydaje sie,ze Common nie zawiodl
Kacper
duża szerokość płyty
Klepa
mainstream na najwyzszym poziomie
Kacper
rozpiętość
a do tego ma fajną okładkę
Klepa
no to bede to nakurwiał
juz mi cala recenzje zalatwiles
przepisze rozmowe z fejsa
i tyle ;]


***
Dziś, mądrzejszy o kilkanaście przesłuchań, zgadzam się z:

- duża rozpiętość/szerokość płyty;
- fajna okładka;

i w sumie to tyle. Poza "Raw", "Sweet", "Ghetto Dreams" i "Blue Sky" nie będę tu wracał. Reszta już kiedyś była, choćby na eleganckim "Finding Forever" z 2007. 


          sir Klepa
          hejtuj.

czwartek, 12 stycznia 2012

O „undun” słów kilka od Kirka (+ sir Klepa)

Nie Nowy Jork, nie Atlanta, nie L.A, a Filadelfia jest obecnie OSTOJĄ muzyki rap. Jednak przypisać filadelfijczyków stricte w kanon rapu byłoby zbrodnią. The Roots to najwspanialszy eklektyzm w muzycznym świecie jaki możemy sobie wyobrazić. Elementy rocka, jazzu, soulu okraszone rapem - przy udziale żywych instrumentów.  


Ciężko jest wygłaszać opinię, w momencie kiedy brakuje autorowi obiektywizmu. Przyznam się bez bicia, że mnie owego obiektywizmu brakuje. Brakuje jeśli chodzi o grupę The Roots.

Jestem wielkim fanem filadelfijskiej ekipy już od wielu lat i do tej pory nigdy nie zawiodłem się na ich dokonaniach. A możliwość zobaczenia Rootsów live on stage było swoistym dopełnieniem moich ówczesnych ambicji związanych z kulturą hip-hop i muzyką rap. Nie będę jednak opisywał jak Black Thought i spółka dają czadu na koncertach, lecz przekażę wam kilka moich przemyśleń na temat najnowszego albumu The Roots -„undun”.  

Zresztą, ciężko było nie czekać z niecierpliwością na ten album po takich zapowiedziach: 

"Chcieliśmy, żeby nasza muzyka miała jednolity temat, ale eksperymentalny charakter" - mówi perkusista grupy, Ahmir "?uestlove" Thompson. - "Chcemy opowiadać historie, które można dopasować do długości albumu, a które jednocześnie będą użyteczne dla słuchaczy. „undun” jest opowieścią o dzieciaku, który staje się przestępcą, ale wcale się nim nie urodził. W przeciwieństwie do postaci Bishopa, którą Tupac stworzył w Juice - nie jest ani ofiarą ani bohaterem. To po prostu dzieciak, który zaczyna kreować otaczającą go rzeczywistość tak, jak mu wygodnie. Ale w gruncie rzeczy czy wszyscy tego nie robimy?"To będzie ciężkie, orkiestrowe brzmienie z mocniejszymi bitami. 

Żaden prawdziwy fan rap gry nie mógł narzekać na ubiegłoroczne Mikołajki, albowiem zaserwowano nam prezent nie lada urody. Troszkę minęło czasu odkąd zabrałem się za ocenę „undun”- chciałem nabrać dystansu, pewności swoich racji i stopniowo oswajać się z tym albumem. Jak się okazało te zabiegi były…. zupełnie niepotrzebne. Już po pierwszym przesłuchaniu wiedziałem, że śmiało można „nowe dziecko” filadelfijczyków określić jako masterpiece. I to bez najmniejszego  grama przesady.

Wydawało mi się, ze po absolutnym arcydziele jakim było „How I got over” , Rootsi  wspięli się już na muzyczny Parnas i nie są w staniu już mnie niczym zaskoczyć, a poza tym, jak wiadomo, po czasie hossy przychodzi bessa. Jak się okazało 6 grudnia 2011 roku, moje obawy były zupełnie bezpodstawne. Rootsi osiadli na mitycznym Parnasie na dłużej i nigdzie niżej się nie wybierają. Uzyskali poziom wręcz nieosiągalny dla większości artystów tej sceny.  Rootsi znaleźli swoją drogę, podążają nią konsekwentnie i za każdym razem zaskakują nas nowymi rozwiązaniami- jak w przypadku „undun” pomysł z koncept albumem.  

„undun” to pierwszy w historii zespołu konceptualny album. To egzystencjalna opowieść o krótkim życiu Redforda Stephensa (1974-1999). Narratorem płyty jest zmarły już bohater dokonujący analizy najważniejszych w swoim minionym życiu momentów, które doprowadziły do jego tragicznego końca. Jego historia jest opowiadana wieloma głosami co jeszcze bardziej dodaje jej kolorytu i wyrazistości.  

„undun” to najwspanialszy garnitur, w którym wszystkie elementy są uszyte na miarę, a każdy element decyduje o całości wykonania.

Za produkcję i drumy odpowiada oczywiście: Questlove, klawisze: Kamal Gray i James Poyser, perkusja: F. Knuckles, gitara: Captain Kirk, saksofon: Damon Bryson, bas: Mark Kelly.

Świetna, soczysta muzyka, która rewelacyjnie dopasowuje się tempem i klimatem do aktualnie opowiadanej historii.

Warstwa liryczna to oczywiście Black Thought, który kolejny raz udowadnia, że jest jednym z najlepszych mistrzów mikrofonu, a przy tym potrafi wciąż zaskakiwać, jak np. niesamowitą energią i pasją w „One Time”(najlepszy kawałek na płycie!). Jeśli chodzi o gości, to nie możemy narzekać : oprócz Dice Raw'a,  P.O.R.N'a czy Truck North'a, mamy również  Phonte(niszczy w „One Time”), Bilala czy Big K.R.I.T'a. Wszyscy w świetnej formie, poza tym znakomicie wpisują się w elementy układanki „undun”.

Tak jak wcześniej pisałem-„undun” to masterpiece w najczystszej postaci.

Spójny, przemyślany, pełen pasji i ze świetnym klimatem. 

Najlepsze kawałki: „Make My”, „One Time”, „Tip the Scale”,  

Ocena Kirka Douglasa :   8.5/10 
Cpt  KIRK

Ocena sir KlepMaster Klepsa :  

Pisanie o The Roots crew jest banalne. Ileż razy można czytać o tym,że KORZENIE wydali kolejny świetny album, to już jest zwyczajnie nudne!! Kiedyś mówiło się, że Redman to raper bez słabych momentów w dyskografii, dzisiaj na placu boju pozostali Black Thought i spółka. Pieprzone dziesięć (jedenaście jeśli liczyć "Wake Up" z Johnem Legendem) wydawnictw od debitu - "Organix", a było to jeszcze przed naszą erę, w 1993 roku i filadelfijczycy pierwszy raz wydają koncept. Kurwa, ile jest jeszcze idei w głowach Rootsów skoro po 100miliardach godzin muzyki mają kolejny pomysł na płytę,kolejną formę. 

Nie mam zamiaru powielać Cpt Kirka, to fakty, niepodważalne. Są dope, byli dope i będą dope, aż porzyg wchodzi w grę. 

"Rootsi osiągneli absolutne mistrzostwo w robieniu piosenek" - pisałem kiedyś tam o How I Got Over. Tutaj  Questlove, klawisze: Kamal Gray i Jame...(patrz w reckę Kapitana), bronią mistrzostwa wpisując je w historię opowiedzianą od A do Z. Jednak brakuje mi na "undun" trochę mocy. LP należy słuchać od początku do końca, na raz, a przy poprzedniku (HIGO) wrzucenie losowego numeru na boombox jest jebnięciem samo w sobie.  

To tak: 3 pkt za to, że jesteś Roots, 2 za kolejny, "inny" album po dziewięciu/dziesięciu poprzednich, 4 za "undun", minus punkt za uspokojenie już i tak perfekcyjnie wyważonego HIGO. Wynik: 8/10, chyba,że ja jeszcze wszystkiego tu nie rozumiem.  


Pozwolę sobie ukoronować wpis wrzutem z tablicy Szymona G.(i tu 10/10)

"kto nie zna Pana po lewej ten pała!"


Wyjaśnione.

Sir Klepa

niedziela, 6 listopada 2011

Evidence - Cats&Dogs (Rhymesayers, 2011)

Zaskoczył mnie nowy Ev tym, że mnie... nie zaskoczył. Dlaczego? By odpowiedzieć odniosę się do pierwszego solo Perretty - "The Weatherman". Wydany dwa tysiące siedem lat po narodzinach Chrystusa album, był niezwykle odważnym eksperymentem, krokiem naprzód w rozwoju truskuli, ortodoksi kiwali głowami słysząc takie "mr.slow flow", a mi samemu zajęło trochę czasu by skumać jazdy producentów: alchemista czy sid roamsówBiorąc pod uwagę dzisiejsze standardy, album wciąż brzmi kozacko, oryginalnie i nadal aktualnie, starzeje się jak wino, polecam!. 

Bystry czytelnik(a przecież odwiedzają nas tylko tacy) już wie gdzie tkwi problem "Cats&Dogs". Nie spodziewajmy się odkyrwania Ameryki, bliżej tu do rdzennego hip-hopu niż do lotów na księżyc. Oczywiście nie sugeruję, że to źle wysmażyć solidny kawałek klasycznego grania, tym bardziej w czasach gdy dużo osób nieudolnie próbuje latać na marsa bez odpowiednich zabawek i warsztatu, za wysokie progi Panowie!. I tym bardziej gdy dostajemy takie petardy jak "It Wasn`t Me", "I Don`t Need Love", Premierowskie "You"  (pod rząd!) oraz popisowy numer Sid Roamsów "Late For The Sky" z gościnnym udziałem Slug`a i Aseop Rock`a. Bez wątpienia najlepsze momenty kotów i psów.

Jeśli można przyczepić się do braku nowych rozwiązań, to nie sposób "mieć coś" do samego Evidenca. To on jest głównym bohaterem tego koncept alumu, rządzi i dzieli, dzieli i rządzi czy cos czy coś. Każda biegła w temacie rapgłowa doskonale zdaje sobie sprawę z lirycznych skillsów Mr.Slow Flow. "Cats&Dogs", podobnie jak "The Weatherman" dostarcza nam spory bagaż smacznych tekstów.

Dla fanów - a w Polsce ten sympatyczny kalifornijczyk ma ich naprawdę sporo - pozycja obowiązkowa, reszcie polecam numery wymienione w tekście. Evidence na kempie z djem Babu zatrzymującym winyl plecami (dziś nazwalibyśmy to momentem epicki, wtedy sikałem ze szczęścia) ? Hmmm... Dobry pomysł.


ps. pokocham osobę, która zafunduje mi nową fife lub battlefielda? nie ważne, brzydka, głupia, bez nosa, pokocham!. ba, nawet pozwolę zagrać... raz.

pa. 

Klepowski

czwartek, 29 września 2011

O wszystkim i o nieczym, czyli co w wielkim świecie słychać

Weny na pisanie nie mam ostatnio wcale, ale jakimś cudem się przełamałem i postanowiłem postukać po mojej zacnej, gejmingowej klawiaturce parę rzeczy, przez które od komputera i eMPeTrójki oderwać się nie mogłem. 

Zaczniemy od muzyki. JAY-Z i  Kanye West puścili niedawno w świat prześwietny longplay, o którym to poczytacie post niżej. Dodam od siebie tylko, że to co zrobił tu Ye jest dla mnie mistrzostwem bitmejkingu. Ten pieprzony egocentryk potrafi robić takie produkcje, że moje uszy tego już nie ogarniają. Na Watch The Throne wychodzi mu wszystko. Od dubstepu po soczysty hip-hop. Takich płyt chcę więcej. A HOVA to wiadomo - zawsze z dużych liter.

Premier zza granicy było ostatnio dosyć sporo: Evidence (sprawdzić trzeba na pewno), Carter IV Lil Wayne'a (ani nie ściągnę, ani na youtube nie posłucham bo fanem nie jestem), The Game (też jakoś podjarki nie czuję), NNeka (to na bank sobie do listy wrzucę) i wiele innych, których nie znam bądź teraz zapomniałem.

A w naszym pięknym kraju też coś się dzieje, jak to mówi kultowy MC Nejtanek. Z najważniejszych wydawnictw wymienić trzeba nową płytę Łony i Webbera pt. Cztery i pół (tak im wyszło z kalkulacji 3LP + 1EP + 1LP chyba). Jestem w fazie odsłuchów wstępnych, z których to wnioskuję, że możemy mieć do czynienia z  kandydatem do płyty roku. Sporo tu elektroniki, mniej sampli, no i oczywiście świetne teksy Łonsona tworzą spójną, choć nie lekkawą całość. Płyta do nabycia w dobrych sklepach muzycznych, raczej dla ludzi inteligentnych. Dla fanów duetu to pozycja obowiązkowa rzecz jasna.

A teraz o grach komputerowych będzie, bo tym też się interesuję. Deus Ex: Human Revolution to w końcu to na co długo czekałem: skradanko-strzelanka z elementami RPG, tak w skrócie można ją opisać. Mamy tu całkiem fajną fabułę połączoną ze świetnym gejmplejem, który nie oferuje tylko przechodzenia poziomu z miejsca A do B w jeden oczywisty sposób, tylko idzie o krok dalej. Daje graczowi ogromne pole manewru. Możemy powystrzelać przeciwników (co generalnie łatwe nie jest, szczególnie kiedy do akcji wkraczają roboty i działka), możemy się poskradać, tak żeby nikt nas nie usłyszał bądź połączyć jedno i drugie plus szereg innych rozwiązań jak np. hakowanie wieżyczek, robotów, działek itp. 
Naszego bohatera, który jest człowiekiem uzbrojonym w przeróżne robocie rzeczy, możemy rozwijać jak tylko chcemy. Opcji jest masa: system IKAR daje nam możliwość swobodnego spadania z dowolnej wysokości, maskowanie czyni nas niewidocznymi dla przeciwników, a broń o nazwie TAJFUN rozwali nie jednego przeciwnika stojącego obok. 
Na takie gry czekam. I oby ich było więcej bo dość już mam grania w pieprzone klony Call of duty naciskające przede wszystkim na akcję. Niech zabawa na komputerze czy konsoli pozwoli czasem szaremu człowiekowi pogimnastykować szare komórki!

Z ważnych wydarzeń w świecie gier video nie można zapomnieć o premierze FIFY 2012 i PESa 2012. W demo ani jednej ani drugiej nie grałem, więc nie powiem Wam za bardzo co o nich myśleć. Widziałem gameplay gry twórców z EA Sports i wydaje mi się, że będzie hit. Pierwsze recenzje już można poczytać w internecie. Serwis Gry-Online wystawił 9/10 przyczepiając się głównie do Włodka Szaranowicza i Darka Szpakowskiego. Wg mnie bardziej konkretnie do sprawy podeszło CD-Action dając nowej FIFIE 8.5/10. Jako minusy uznali słaby silnik fizyczny oraz obronę taktyczną, no i polski komentarz. Do plusów zaliczyli fakt, że FIFA 2012 jest w końcu taka sama na wszystkie platformy (mnie to cieszy bardzo), większy realizm, precyzyjniejszy drybling, a także nowe tryby sieciowe. 
Szkoda, że aktualnie nie mam pada do kompa, ale pewnie w najnowszą odsłonę FIFY i tak zagram u Klepy na konsoli. Źle nie jest.

W zeszłym tygodniu odbyła się chyba najbardziej przehajpowana premiera w historii ludzkości. Mowa tu o beta wersji Diablo III. Nie ukrywam, że też ładnie się powkręcałem. Próbowałem nawet jakoś lewo obejść zabezpieczenia Blizzarda, ale nic z tego. Testerem nie zostałem. Jednak jak donoszą Gry-Online dużo nie straciłem, ponieważ cała rozgrywka trwa maksymalnie półtorej godziny. Pooglądałem filmiki ukazujące rozgrywkę i powiem tyle, że nowe Diablo prezentuje się co najmniej super. Wprowadzono małe uproszczenia, co hardkorowcom może przeszkadzać, dla mnie jednak są bardzo trafne (np. nie trzeba będzie się już teleportować do miasta aby sprzedać pozbierane przedmioty tylko będzie to można zrobić z menu ekwipunku za pomocą jakiejś tam magicznej runy). 
Diablo III  oficjalnie ukaże się na początku 2012 roku. Czekam z niecierpliwością.

I to było na tyle. W przygotowaniu mam tekst o...a nie zdradzę tego. Licze, że dam radę go napisać podczas weekendu, więc bądźcie czujni.

Elo.                                                                                  B The Player

niedziela, 25 września 2011

"Watch the throne" - czyli dlaczego Jay-Z trzęsie grą.



"Watch the throne"

*Zastanawiam się skąd shawn carter czerpie motywację by układać linijki jak w "otis" skoro przeszedł grę 2 razy i do tyłu,i do przodu,i w górę ,i w dół także.  Sypia z Beyonce, na fortunie z RocNation, coś już się tam ociera o Forbes. Co sprawia, że ja, tak zawsze świeży kot, mam ochotę słuchać tego ponad czterdziestoletniego dziadka, już teraz największą postać w rapach, pytam ? Ciężko znaleźć jedną, wyczerpującą odpowiedź, a więc nie podam żadnej. Mogę jedynie uchylić rąbka tajemnicy, mamy tu do czynienia ze sztuczkami magicznymi, irokezami na głowie, z chrystusem, królem polski i z polską - winkelriedem narodów oraz z kodem leonarda da vinci, masonerią, żydo-komuną ("Tears on the mausoleum floor,blood stains the Colosseum doors/ Lies on the lips of priests, Thanksgiving disguised as a feast"  aa?  tak hova zaczyna płytę). Jasne ,że pierdolę bzdury,  chodzi po prostu o tony stylu dzierżone przez Jay`a- aksjomat. Bo jeżeli Ty byś nawinął lub inny śpiewak jak Jay we wspomnianym "otis" to zrównałbym Cię z jądrem ziemii, na tym polega cała sztuka. Albo takie rzeczy np. "...Uh, Picasso was alive he woulda made her /That's right nigga Mona Lisa can't fade her /I mean Marilyn Monroe, she's quite nice /But why all the pretty icons always all white?". Albo wejście w "Gotta have it" - sprawdź to, czy osobiste "New day".

Przejdźmy teraz do Ye. Ten hochsztapler sprytnie wykorzystał potężną falę swojej "pokręconej fantazji", na której unosi się nad głowami mainstreamowych produktów. Racja, "Watch the Throne" to nie monumentalizm kompozycji "MBDTF",brak tu takich budowli jak "Power", "lift off" z Beyonce to niestety nie poziom "All of the lights", jednak śmiało możemy wpisać album w definicje nowej muzyki Westa, tej od 2010. Pokaźna banda producentów, współproducentów itd., od 88-Keys przez instrumentaliste Dean`a, po RZA, by o Tipie czy Neptunesach nie wspomnieć, a nad wszystkim czuwa ucho i EGO Kanye; przerywniki jak ten po "New day"; chór i operowe głosy w "Illest Motherfucker Alive" i H.A.M. czy nawet sama okładka sprawiają, że nad całością unosi się mgiełka tej wspaniałej, nieokiełznanej i intrygującej "dziwności" z "MBDTF". Z drugiej strony np. takie "The Joy" sprowadza album na hip-hopową ścieżkę. I bardzo dobrze, bo to najczystszej wody Piotrek Skała!.

Podsumowując, "Watch the throne" to bardziej przyziemne/przystępne "MBDTF". Mr.West nagrywa drugi z rzędu dobry krążek, Mr.Carter naprawia błąd za Blueprint III, chociaż nie, on w sumie nic nie musi udowadniać - Reasonable Doubt, Blueprint, Black Album, Kingdom Come i do tego worka słodyczy z Nowego Jorku wrzucam śmiało obecne wydawnictwo.

PS. Jeśli czyta to jakiś gbur z pitchfork to liczę na angaż w waszej redakcji, bo jak widać sztos oceniłem podobnie.

*duże litery specjalnie dla FRN z Cinema Paradiso

aa właśnie, oddawaj snapbacka Jay albo porwę Ci dziecko!


Klepa dzifffko.

środa, 16 marca 2011

Nate Dogg R.I.P.

Dziś świat obiegła jakże przykra informacja o śmierci Nate Dogga. Jeden z najlepszych, a na pewno najbardziej znanych g - funkowych głosów wszechświata odszedł w wieku 41 lat po przegranej chorobie. Nie trzeba nikogo przekonywać, że to wielka strata dla całego światka hip-hopowego gdyż Nathaniel Dwayne Hale (prawdziwe imię i nazwisko) to autor bądź współautor wielu, wielu klasyków.



Co tu dużo pisać...lepiej posłuchać.

Tutaj macie numer Warrena G z Nate'em, który kocham w opór bo to właśnie od niego zaczęła się moja przygoda z g - funkiem. Cudowne.


I tu jeszcze coś...prawdziwy klubowy banger nagrany wraz z Eminemem. Klip i wersy Nate'a gniotą: "2 to the 1 from the 1 to the 3 I like good pussy and I like good trees".


No i w opór jeszcze by tego było ("The Next Episode" Doktorka to chyba każdy zna"). Coś czuje, że to lato może należeć do Nate Dogga. Rest In Peace!

                                                                              B-BoB

poniedziałek, 7 marca 2011

O O.S.T.R.ym słów parę...

W zeszłym tygodniu Naszą płytą tygodnia było "Jazz, Dwa, Trzy" O.S.T.R.a, postanowiłem więc napisać krótki felieton na temat jego osoby. Zapraszam.

Adam Ostrowski (tak brzmi jego prawdziwe imię i nazwisko) to zdecydowanie najpopularniejszy raper nad Wisłą. Świadczy o tym przede wszystkim sprzedaż jego płyt. Każdy, kolejny krążek jest co najmniej "złoty". W erze internetu wynik ten jest naprawdę imponujący. O ich poziomie napiszę trochę później, teraz skupie się na słuchaczach, bo OSTRY w przeciwieństwie do Peji, Tedego czy Gurala ma dużo większe spektrum rozpoznawalności (nie wiem czy to mądre zdanie, ale niech zostanie).




Ok, więc...słuchaczy OeSTeeRa podzieliłem na trzy następujące grupy:

1) Oczytani i mniej oczytani studenci słuchający rapu
2) Wczuci i mniej wczuci "ulicznicy" (sory za nazwę, ale innej nie umiem wymyślić, więc noł ofens)
3) fani muzyki alternatywnej i muzyki w ogóle.

Ludzie znajdujący się w pierwszej grupie zapewne najbardziej cenią sobie "środkowe" dzieła Ostrego, czyli płyty, które wyszły w latach 2003 - 2007. Chodzi głównie o "Jazz w wolnych chwilach" (2003), "Jazzurekcje" (2004), "POE" (2005), "7" (2006) i "Hollyłódź" (2007). Osobiście sam bym wstawił swoją skromną osobę do tejże grupy. "JWCH" uwielbiam, "Jazzurekcje" kocham, "POE" jaram się w opór, "7" to w ogóle hołdy oddaje, a "Hollyłódź" było dla mnie ostatnią zajebistą płytą OSTRa. Potem już nie było ani nowatorsko, ani oryginalnie, zostały tylko piękne produkcje (wiadomo, że z wyjątkami).

Grupa numer dwa to moim zdaniem ludzie wielbiący drugą, solową płytę Adasia, czyli "Tabasco" (2002). Mnie to zupełnie nie dziwi. Osadzona w bardziej hardcorowych i ulicznych klimatach, a do tego zawierająca grono klasyków takich jak: "Ja i mój lolo", "Tabasco", "Grzech za grzech" no i przede wszystkim "Kochana Polsko", czyli numer,który zapewnił Ostremu dużo szerszą rozpoznawalność. Ja tam "Tabasco" bardzo lubię, ale i tak wolę jego późniejsze dokonania.

Ostatnia grupa to słuchacze, którzy łykają od O.S.T.R.a praktycznie wszystko. Myślę, że bardziej przekonują ich jego najnowsze płyty. Ja w nich osobiście nic zajebistego nie widzę. To nie są płyty złe, ale brak w nich klimatu, który czuć było na wcześniejszych produkcjach. Lirycznie już kompletnie mnie nie przekonują. Najbardziej obroniło się chyba "OCB".

B-BoB woli Ostrego zdecydowanie w roli producenta. Przynajmniej na dzień dzisiejszy. Jego bity to poziom absolutnie światowy. Fajnie by było gdyby tak wydał płytę producencką z czołówką rodzimej sceny. Byłoby to coś innego i dźwiękowo na bank by wyszło. Na Beat Brothers (OSTR + The Returners) czekam strasznie,  jednak wątpie, że się doczekam. Cóź, pożyjemy zobaczymy.

Na koniec chcę podziękować Adamowi za niesamowite płyty, które dały mi mnóstwo frajdy i dobrej muzyki. O nim na pewno nie zapomnimy.

Pozdro!                                                                        B-BoB.

Jazz W Wolnych Chwilach!!! Ja nie czekam na projekt z returnersami bo mnie momentami nudzą. - klepz.           

poniedziałek, 28 lutego 2011

PŁYTA TYGODNIA: O.S.T.R. - Jazz, Dwa, Trzy (28.02. - 07.03.)

PŁYTA TYGODNIA: O.S.T.R. -  Jazz, Dwa, Trzy (28.02. - 07.03.)


Niecały tydzień temu odbyła się premiera kolejnej już płyty Adama Ostrowskiego (pseud. O.S.T.R.) pt. "Jazz, Dwa, Trzy". Nie powinno więc dziwić, że to właśnie ten krążek jest Zero-Siódemkową płytą tygodnia. Ja swoje pierwsze odsłuchy mam już za sobą, jednak za dużo Wam nie poopowiadam gdyż jakoś nie mogłem się na niej dostatecznie skupić. Pierwsze wrażenie jakie odniosłem to wtórność w tekstach oraz doskonałe bity, co raczej zaskoczeniem nie jest. Wyczekujcie recenzji, tymczasem już możecie sprawdzać najnowsze dzieło łódzkiego MC. 


                                                                                          B-BoB

środa, 9 lutego 2011

Diggin' in the web, czyli przegląd serwisów, blogów i for o rapie by B.

Na bezrobociu jest ciężko. Nie ma pieniędzy na alko i fajki, no i przede wszystkim czasu wolnego jest za dużo. Pomyślałem, że przeznaczę go na napisanie obszerniejszego tekstu. Temat wpadł jakoś sam: risercz różnego rodzaju miejsc w sieci traktujących o rapie. Ograniczyłem się do naszego cudownego kraju. Zapowiadam już na wstępie, że pominąłem parę serwisów bo po prostu na nie nie wchodzę. Ok tyle. Do dzieła.

SERWISY 

#1 CGM (Codzienna Gazaeta Muzyczna)


Jak nazwa wskazuje CGM jest serwisem muzycznym, który uwagę zwraca na wszystkie gatunki, nie ograniczając sie tylko do rapu. Zaznaczyć jednak trzeba, że to właśnie hip-hop dominuje na opisywanej stronie. I dobrze. Głównym powodem dla, którego CGM warty jest odwiedzenia to multum wywiadów prowadzonych przez niezastąpionego redaktora Artura Rawicza (pseud. YETI). Kto nie widział, niech zobaczy bo forma i treść rozmów Rawicza to nie zadawanie tych samych, rutynowych pytań tylko inteligentna konwersacja z dużą ilością humoru. Szczególnie polecam wywiady z TDFem ;) CGM zdobywa Znaczek jakości Zero-Siedem.


#2 POPKILLER

Ów serwis znać możecie z Naszych Zero-Siedemowych zakładek. Popkiller zajmuję się w 95% rapem, reszta to ciekawostki ze świata reggae, czy jakiś new-beatów. Plusy to: duża ilość wszelkiego rodzaju rankingów (co lubię strasznie), sporo newsów, powroty do płyt zapomnianych lub przegapionych i całkiem fajne wywiadziki. Portal jednak nie jest pozbawiony wad: zdarzają się duże obsówy w publikacji nowinek, średnio przepadam za stylem pisania dwóch głównych redaktorów no i największy zarzut to podjarka praktycznie każdym wydawnictwem co powoli robi się żenujące. Bądź co bądź warto Popkillera odwiedzać, aczkolwiek gwiazdki polecenia nie dostaje. Łuuu.

#3 Hip-Hop.pl

Zwany również jako "portal z kreską" serwis ten jest najbardziej znienawidzonym miejscem w sieci przez raperów. Zapytacie dlaczego? Wystarczy wejść i poczytać komentarze, które roją się totalnego hejtingu. Możesz być najlepszym MC jakiego poznał świat, a na sławietnym Hip-Hop. pl i tak zostanie z Ciebie tylko cień tego kim jesteś. Użytkownik o pseudonimie "Manuel z celi" powie, że "jebiesz ścierą", inny ukrywający się pod nickiem "Karol Weksler" pojedzie, że "twój rap brzmi warkot traktora", a dobije cie nijaki "donPablo" hasłem: "z taką mordą bym sie na okładki nie pchał, wolałbym ją zrobić w paincie. HAHAHA beka z rosomaka". Zeby było milej: na H-H.pl warto zajrzeć dla newsów pojawiających się po prawej stronie. Odradzam czytanie komentarzy.

FORA i BLOGI

#1 ŚLIZG [forum]

Ślizg to prawdopodobnie największe forum rapowe w Naszym pięknym kraju. Niektórzy z userów siekają naprawdę smiesznymi hasłami, inni marnie prowokują, a część po prostu komentuje. Nic dodać, nic ująć. Na Ślizgu można dowiedzieć się sporo o rodzimej scenie, a i nie mało o zagranicznej. Polecam, lecz znaku jakości nie dam.

#2 RAPORT [blog]


Także zlinkowany w Naszych zakładkach, raport to jeden z lepszych blogów o hip-hopie w sieci. Prowadzony przez Pana Dawida, pseud. Bartkos, cieszy się dużą popularnością. Propsował go gorąco Andrzej Cała, więc jakby nie patrzeć coś w tym musi być. Niestety aktualnie autor nie pisze tak sporo jak kiedyś. Warto sobie poczytać wszystkie jego wcześniejsze posty aby posiąść / uzupełnić lub po prostu sprawdzić jak koleś pisuje o płytach. Znaczek jakości jest? Jest.

--------------------------------------------------------------------- 

Na dziś wystarczy. Idę się okąpać aby nie śmierdzieć, a potem posłucham rapu bo pogoda aż prosi mnie o odpalenie dobrego westcoastu. ELooo!                 

poniedziałek, 7 lutego 2011

PŁYTA TYGODNIA: MŁD/CZARLSON - EP (07.02. - 14.02.)

PŁYTA TYGODNIA: MŁD/Czarlson - EP (07.02. - 14.02.)

Na ten tydzień Zero - Siedem poleca EPkę od duetu MŁD (MC) / Czarlson (producent). Szybki opis:


300 sztuk na winylu co jest kompletną nowością w dobie ITunes i Beatport. Gratka dla koneserów. Obydwaj nie są raczej Twoimi małoletnimi sąsiadami spod klatki, daleko im również do hipsterów, długich włosów i imprez electro. Mają za to sporo talentu i chęć aby go pokazać. Znani w podziemiu, wcale nie muszą stamtąd wychodzić, po prostu stwierdzili, że fajnie będzie coś stworzyć razem. Materiał na płycie nie ma na celu zmiany oblicza polskiego hip hopu, co w dzisiejszych czasach jest raczej powiewem świeżego powietrza, albo głębszym oddechem po wyjściu z zadymionego klubu. Żadnego pierdzenia basem, gorącego gówna czy szarańczy hihatów Płyta/EP z 7-8 kawałkami i ich remiksami pokaże różnorodność- kilka usypiaczy do pobujania, kilka bangerów dla małoletnich fanów Stones Throw.
Jak jesteście ciekawi kim są MŁD/Czarlson to tu macie kolejny opis:

Jeśli jeszcze kompletnie nie kojarzysz o kim mowa i czego się spodziewać, poczytaj fachową literaturę poniżej- biografia i Młd i Czarlsona- mowa oczywiście o dokonaniach muzycznych. Czarlson- reprezentant Warszawy, wychowany na Mokotowie, co miało niemały wpływ na jego rozwój. Żadnych bling blingów/ cykaczy czy psychorapu spod piździwiercia. Klasyka. Bitmejker nieznany (jeszcze!) szerszej publiczności. Koniec 2008 to jego wypłynięcie na szersze wody. Dwa projekty, które ukazują się niemal równocześnie: HIROZ- Ciężkie życie Bohatera- oraz Paski/Czarlson - Fajne Ep. Na obydwu projektach był również tzw. "egzekjutif produser"- tu sieknął bicik , tam załatwił drukarnie, ustawił Cię z fajną dupą w międzyczasie odpisując na maile fanów - człowiek renesansu w czasach drapieżnego kapitalizmu. Jego bity utrzymane w klimacie złotej ery lat 90, bazują głównie na samplach artystów spod znaku motown. Wszechobecne wokalizy lub jak kto woli śpiewające wiewióry to jego znak rozpoznawczy. klasyczne bębny i czysty sampling - jak często podkreśla "Simple Sample" to, to co lubi. Na projekcie nie zabraknie leniwych bujaczy jak i bangerow powodujących kiwkę o nachyleniu 90 stopni. Jak na razie współpracował w rożnym zakresie z kilkoma osobami, mniej lub bardziej znanymi : W.E.N.A., MAŁPA, MŁD, JEŻOZWIERZ (TWPLUTON), JUNES (RAP ADDIX), ASK MŁD, młody solo, szmalec. Raper/niegdyś producent/. Artysta z prawdziwego zdarzenia- godzinę zeluje włosy, ma tremę przed koncertami, których nie gra, oraz 10 razy z rzędu słucha tych samych numerów. Reprezentant multimiejscowy. urodzony na warszawskim Bródnie wychowany w podgarwolińskiej Hucie obecnie zamieszkujący Warszawe, podejrzewany o Siedlce/Garwolin/Suwałki/Archangielsk/Kamczatkę - jak jest naprawdę nie wie nikt. Początki jego zajawki (nie lubimy tego słowa ale przecież nie wpiszemy hobby) to jakiś 1999 i Osiemram gdzie wspólnie z Dj Kwachem, Kashem i Marta zabłysnął jako ten co najfajniej śpiewa i przegaduje cała reszte. Kontynuacja to gang Agi gdzie z Majem, Gersonem i dj Gugatchem narobili trochę szumu na podziemnej scenie. W międzyczasie multum luźnych zwrotek oraz projektów min. z Manufaktura, Wena, Paskim, Na Pół Etatu, Karwanem oraz garwolińsaką Ziombus Familią, potem długo nic. Projekt z Czarlsonem ma pomoc mu spłacić naprawę jego 13- letniego golfa oraz umożliwić powieszenie własnej płyty w salonie jako elementu dopełniającego feng shui. To czego możemy się spodziewać to rap na luzie, trochę przechwałek, trochę nastoletniej wczuty z perspektywy starego konia.

Całość pobierzecie STĄD (niecałe 20 mb). Ja jestem w trakcie słuchania, więc za dużo Wam nie poopowiadam. Narazie wydaje się spoko. Peace!      B-BoB

środa, 2 lutego 2011

TOP 2010 by B-BoB

Mieliśmy nie robić z Klepiuszem podsumowań zeszłego roku, jednak w chwili obecnej nie mam co ze sobą począć, więc pomyślałem, że strzele szybki tekścik o tym co najbardziej utkwiło mi w uszach (oprócz miodu) i głowie wogóle w pięknym roku 2010.

Zacznijmy od wspomnień związanych ze studiami, które już prawie, ale to prawie kończę (została mi tylko obrona). Trzy lata przeminęły jak z pejcza strzelił. Chyba do końca mego marnego życia będę tęsknił za chwilami spędzonymi w Bielsku, gdzie alkohol używaliśmy częściej niż wodę, uczyliśmy się grać na szklanym saksofonie, który od naszych ćwiczeń aż dymił i bulgotał, długo trenowaliśmy zagrywki w pokera no i przede wszystkim słuchaliśmy w opór dobrego rapu. Tak właśnie tam było. Tak było tam. Niestety, wszystko ma swój początek i koniec. Po cholernie ciężkich przeprawach na uczelni jakoś te studia skończyłem z bilansem: 5 warunków (5 x 150 = o kurwa.), 2 egzaminy komisyjne (zdane oby dwa ofc) oraz poznaniem wielu znakomitych moczymordów (m.in. dr Hoffman, eMCe Maciek, Klep-Alko-Kleps, i inni). Były "zwały", "kaczki" i inne "prynty" (c'nie Przemo ;p), były maratony serialowe ("Na wspólnej", "Brzydula", "Pierwsza Miłośc" - to najbardziej loffciam) i dżordany też były. Ogólnie działo się. Tyle na ten temat.

Był jeszcze Hip-Hop Kemp w tamtym roku, ale o tym już pisaliśmy. Przejdźmy więc do muzyki. Zrobimy sobie TOP 3 PL i TOP 3 USA i wyróżnienia.

TOP 3 POLSKA

1. ELDO - Zapiski Z 1001 Nocy - po czasie stwierdzam, że ta płyta jest nieco za długa. Wyciąć tak parę tracków i mamy materiał nie do pobicia, jednak rok 2010 w polskim rapie nie był szczególnie mocny przez co "Zapiski..." ląduja u mnie na pierwszym miejscu. 

2. DONGURALESKO - Totoem Leśnych ludzi - jak nigdy Guralem się nie jarałem to tę pozycję grubo katowałem na moim zajebistym MP4. Tutaj jest prawie wszystko czego potrzeba mi do szczęscia: klimat, który tworzą leśne opowieści czy dziwięki lasu i ogniska , flow, które w przypadku DGE zawsze zdaje egzamin, bity, przez które Matheo ma ode mnie wielkiego buziaka. Gdyby jeszcze teksty były mniej chaotyczne prawdopodobnie ten krążek wylądowałby na pierwszym miejscu podium.  

3. Hi- Fi Banda - 23:55 - nie ukrywam, że miałem nie co problemów z określeniem tego miejsca. Postawiłem jednak na Dioxa z ekipą głównie z powodu: paru naprawdę udanych kawałków, numeru z udziałem DITC i niezłą szesnastką od Wudoe. 

TOP 3 USA

1. Kanye West - My Beautiful Dark Twisted Fantasy - co tu dużo gadać: koleś wydaje na zrealizowanie płyty 2 miliony dolarów, wyjeżdża daleko i zaprasza gości, o których nie jeden pierwszoligowiec ze Stanów może pomarzyć (Jay-Z, Rihanna, Fergie, Elthon John, Pete Rock, Nicki Minaj i duuuużo, duuuuuuuuużo więcej). Przepych i rozmach, ale z jaką gracją i wyczuciem dźwięku. Piękne.

2. THE ROOTS - How I got over - nie od dziś wiadomo, że Root'si to klasa sama w sobie. Ich najnowsze dzieło to nic innego jak kawał dobrej muzyki, a singiel do tej płyty był dla mnie swoistym pierdolnięciem w głowę.

3.  KNO - Death is silent - świetny krążek na zimowe wieczory, produkcje KNO gniotą jaja - są po prostu wyśmienite. Te samplowane wokale jadące w refrenach to coś naprawdę mocnego. A, że raper z niego średni...to już olać.

WYRÓŻNIENIA:

PROFESSOR GREEN - Alive till I'm dead - ten zielony brytyjczyk nagrał album, który powinien być wzorem jak nagrać zajebistą mainstreamową płyte. Za samo "Jungle" i tak dostałby wyróżnienie. Good job Green.

Bun B - Thirll O.G. - jakby wyrzucić parę kawałków to ta płyta mogłaby w niejednym podsumowaniu walczyć o podium. Niestety, Bun chyba przekombinował i koło DJ PREMIERA postawił T-Paina z cholernym autotunem, ktorego nie da się słuchać. Szkoda bo na tej płycie jest dużo dobrej muzyki, no i sam gospodarz pokazuje wack'om gdzie ich miejsce.

JOT - Stan Równowagi - w końcu wrocławianin wydał to długo oczekiwane, legalne solo i nie zawiódł, choć mogło być lepiej...ale nie będę marudził tylko pochwalę: styl (!), flow, teksty i bity na poziomie przekraczającym możliwości wielu polskich MC. Tak miało być Jot.

STASIAK - Pół Żartem, Pół Serio - Stasiak może jakimś wymiataczem nie jest, aczkolwiek jego debiut to całkiem przyjemna pozycja z bardzo fajnym singlem. Wszystko z przymrożeniem oka.

--------------------------------------------------------------------------------------

Tyle. Komentujcie, pijcie i czekajcie na nowe posty. Pozdro.                 B-BoB

w takim razie ja też będę musiał podsumować 2010. mogę zdradzić ,że chyba z 3 pozycje się powtórzą i na pewno nie będzie to totem,.oj piękne partyzanckie czasy "studia, pojechałem na trzy letnie wakacje/wyjechałem na partyzantów mamo przyśle kartkę" -  Klep-Z

poniedziałek, 31 stycznia 2011

PŁYTA TYGODNIA: VNM - DE NEKST BEST (31.01. - 07.02.)

Płyta tygodnia: VNM - DE NEKST BEST


Dokładnie od dziś na Zero-Siedem co tydzień pojawiać się będzie płyta tygodnia, którą znajdziecie naciskając na obrazek położony w prawej stronie bloga, pod logiem. Kiedy naciśniecie owy obrazek zostaniecie przeniesieni do tekstu o prezentowanej pozycji. Może to być po prostu krótka notka, zapowiedź albo i dłuższa recenzja. To już zależy od Naszych upodobań.


Na pierwszy ogień leci legalny debiut VNMa pod jakże angielskim tytułem: "De Nekst Best". Szczerze powiedziawszy wahałem się czy nie wstawić tu najnowszego krążka Taliba, ale stwierdziłem, że MC z Elbląga zasłużył sobie na to by poznało go więcej ludzi bo jego sklepowy debiut to pozycja naprawdę solidna. Świetni goście (m.in. Pezet, Ten Typ Mes, Włodi , Hi-Fi Banda), dobre nowoczesne produkcje (Kazzushi), a także produkcje bardziej odlschoolowe (Kudel) oraz ładnie ogarnięte skrecze (Medyk, Kebs). Jeżeli na naciągane flow Venoma reagujecie alergiczne, uprzedzam, że raczej ta płyta Was nie porwie. Jednak kiedy uprzedzeń nie posiadacie, nie pozostaje mi nic innego jak polecić to wydawnictwo.

Tu macie singiel z klipem:



Pozdro!                                                                          B-BoB

niedziela, 30 stycznia 2011

Sto Lat Zero-Siedem! Radio Zero-Siedem!

Dokładnie rok temu tj. 30 stycznia 2010 opublikowaliśmy pierwszy wspólny post jako reprezentacja Zero-Siedem. Przez 365 dni udało się nam puścić 87 tekstów, co i tak jest wynikiem kurewsko dobrym jak na redaktorów klephustler kleps`a i b-bob`a (melange, najki, dziewczyny). W międzyczasie dołączyła do nas gwiazda politycznego rapu - eMCe Maciek, ponieważ na jego widok "twoja stara kończy w klimacie", jego teksty "latają jak rządowe samoloty" i koleżanko uważaj bo "w nocy jest królem pod kocem". O szatę, szatę króla, zadbała pewna Pani będąca kiedyś miłą b-girl, a teraz w sumie nie wiadomo czy jest miła i czy jest b-girl :D + dodatki by bobstein żyd (zwolniony ze względu na zbyt wygórowaną gażę, nie, broń panie boże, nie doszukuj się podtekstów. jezus królem polski żydo-komuno wstrętna masonerio).  


Z okazji tej jakże cudownej rocznicy dj klepmaster kleps/klephustler klepz aka dj chupa chubbz aka po prostu wito przygotował dla was zupełnie nieprofesjonalny mix/podcast o wdzięcznej nazwie "dope and fresh". 50 minut po tłustych brzmieniach, wyselekcjonowanych pod wpływem chwili jednak z dużym naciskiem na to co wydarzyło się dobrego w muzyce 2010. trochę nowego jorku, philadelphia, new beat, detroit, polskie akcenty, panie, znane mordy i podziemne kocury. głupio nie znać. tym samym rozpoczynamy erę Radia Zero-Siedem!



Tak więc do sklepu po zero-siedem lub po dwie zero-siedem, telefon do koleżanek i kumatych ziomków, a w głośniki dope and fresh radio vol.1. Świętujcie od dziś, a kończcie po kempie!

K l e p z

wtorek, 18 stycznia 2011

Upadek muzyki w Polsce - dzwonek roku i reszta.

Jakiś czas temu latałem sobie po kanałach telewizyjnych i odkryłem, że w moim skromnym pakiecie cyfrowego Polsatu posiadam niezwykły mjuzik czanel - VIVA. Akurat leciał program o jakże nowoczesnej nazwie "Top 10 PL", w którym jak łatwo się domyśleć, śmigały "najlepsze" polskie utwory. Oczywiście nie spodziewałem się żadnych petard w tym strasznym zestawieniu, jednak to co zobaczyłem przerosło moje wyobrażenia, trwale osiadając na psychice spowodowało stany lękowe i lekką psychozę.

Spośród tych 10 pozycji jakie znalazły się  na liście znałem tylko jeden - Hi-Fi Bandę z ich zajefajnym numerem i klipem pt. "Kontroluję Majka". Reszta wiadomo była nie porozumieniem, ale najbardziej zszokowało mnie miejsce pierwsze. Zespół "Peweks" i ich kawałek "Dziunia". Jak tragiczne to jest tego  opisać słowami się nie da. Jak jesteście twardzi to sami sobie posłuchajcie. TUTAJ MACIE LINK, ALE WBIJACIE NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ! Jak widać sukces Jędkierowego "Monopolu" przyniósł Nam obraz nędzy i rozpaczy. Oby tylko tego typu utworów było mniej...w co szczerze wątpie.

Teraz spójrzcie na tytuł posta. Pojawiają się w nim dwa słowa: "dzwonek roku" . Jeżeli myślicie, że sam to wymyśliłem by nadać ostrości temuż tekstowi to jesteście w dużym błędzie. Taka kategoria istnieje naprawdę! Jak nie wierzycie wbijcie sobie TUTAJ. Jeżeli ja będąc artystą znalazłbym się w gronie nominowanych do "Cyfrowego kocura, czyli dzwonka roku" przewróciłbym się i nie wstał. Zabawne są zespoły nominowane do tejże kategorii: pro-produecent Robert M, Pewex ze swoim hitem z dupy "Dziunia", Kalwi i Remi to wiadomo (oni głównie chyba zajmują się produkcją dzwonków) i uwaga "21 Allstars"(!) z przebojem "powinnaś być ze mną". Być może Mesiwo wypuści jakiś filmik, w którym powie jak fatalnie czuje się z faktem bycia współnominowanym, w kategorii "Cyfrowy kocur". Dobra zostawmy to, a Mes niech sobie głowy tym nie zawraca i płyte robi. Ja myślałem, że w erze blutufów i innych irdów nikt już nie ściąga dzwonków tzw. "hitowych" i po prostu sam sobie dobiera jakiś ulubiony kawałek by mu grał jak ktoś dzwoni.   Być może pokolenie MTV woli pójść na łatwiznę i sięgnąć po coś "trendy" by mieć fejm w gimnazjum plus 20. Straszne...

Żeby nie było, że tylko marudzę, na koniec parę miłych słów o naszej polskiej kinematografii. Wśród szajsu jaki znajdziecie w kinach (za niedługo walentynki...już się boję), telewizorach lub po prostu w necie czasem zdarzą się perełki, które naprawdę warto zobaczyć. Wiadomo, łykam wszystko Smarzowskiego ("Wesele", "Dom Zły", "Brzydula"), ale raczej trzymam się daleko od polskich filmów. Szczególnie sensacyjnych i romantycznych. Aż tu nagle pojawia się "ZERO" z plejadą zajebistych aktorów, wielowątkową fabułą i całkiem niezłym scenariuszem. Na ekranie nie zobaczymy Karolaka, Damięckiego, Adamczyka, Żebrowskiego, czy innych turbo-gwiazd. Jest za to niezniszczalny i jedyny w swoim rodzaju Marian Dziędziel (aka. Wojnar), który mrugnięciem oka zamyka japy tym plastikowym pajacom z TVNu. Poza nim świetne role zagrali Kosiński, Bluszcz czy Robert Więckiewicz. Reszta wiadomo też się spisała. TUTAJ SOBIE WEJDŹCIE JAK CHCECIE ZDOBYĆ WIĘCEJ INFO O TYM FILMIE. Polecam głównie z trzech względów: gra aktorska, klimat i realizacja. Myślałem, że ciężko będzie zrobić u nas w kraju film w wielowątkową i wciągającą fabułą. A tu masz, jest. Współczesne problemy i demony ukryte za każdym rogiem wielkiej metropolii do zobaczenia w filmie "ZERO" w reżyserii Pawła Borowskiego.

Tym miłym akcentem kończę tegoż posta. Komentujcie, udostępniajcie albo zgłoście nadużycie. I pamiętajcie: kupując bilet na pieprzoną komedyjkę romantyczną nakręcacie ten cholerny przemysł, w którym siedzą ciągle ci sami ludzie, a w filmach grają te same twarze. Weźcie dziewczynę w walentynki na flaszke albo wino. Zabierzcie ją do restauracji albo pograjcie razem w WORLD OF WARCRAFT (możesz jej sprawić jakiegoś sexi itemka ;). Zróbcie cokolwiek tylko nie idźcie do cholernego kina, chyba, że jest premiera nowego filmu Smarzowskiego. "Chuj Ci w Walentynki" - jak nawijał klasyk.


P.S. OBOK MACIE       OŚWIADCZENIE I APEL   MESA DOTYCZĄCY UPADKU KULTURY W  POLSCE. Film już długi czas wala się po sieci, ale Ci co  nie znają niech zobaczą.  

Zapraszam do komentowania postów oraz brania udziału w dyskusji, która rozpoczęła się po poście eMCe Maćka. TUTAJ LINK. Bez wątpienia Maciuś przygotuje dla Was kolejne mocne teksty. Także nie bądźcie frajerami, bądźcie zorientowani! Tymczasem bawcie sie!



                                                                                                        
                                                                                    B - BoB 
                                                            

niedziela, 16 stycznia 2011

"Nie róbmy polityki. Róbmy bity!"

Ostatnio coś dużo polityki ukazało się na blogu przez co wielu z Was mogło zapomnieć czym tak naprawdę jest Zero-Siedem. Otóż 0,7 to blog o tematyce różnorodnej z przewagą muzyki. I o tym dziś będzie alko-parafianie.

Jakiś czas temu spojrzałem na kalendarz i z przerażeniem w oczach uświadomiłem sobie, że za niedługo muszę oddać gotową pracę licencjacką! Nie namyślając się długo chwyciłem za klawiaturę i przystąpiłem do pisania. Teraz będzie coś osobistego: jak nad czymś pracuje lubie to robić słuchając muzyki. Najlepiej instrumentalnej. Tworząc moje dzieło sięgnąłem po dwie pozycje, które dla Was opiszę. Zapraszam.

Danny Bow - Frozen Memories   

Z tego co wyszperałem w necie, pan Danny Bow, to krakus, którego znać możecie (lub nie możecie) pod pseudonimem Enbe. Ja szczerze powiedziawszy nigdy wcześniej o nim nie słyszałem, ale dzięki szczęśliwym zbiegom okoliczności trafiłem na jego album "Frozen Memories". Mamy tutaj do czynienia z tłustymi bębnami i jazzowymi samplami czasem przeplatanych wypowiedziami różnych ludzi na różne tematy. Pojawiają sie numery energiczne i chillujące. Czasem ma się wrażenie jakoby Danny Bow samplował suondtrack z Gladiatora ("Unbelieveble feeling"), czasem do ciepłych trąbek dostarcza nieco elektroniki...Ten album naprwadę wciąga i do tego jest darmowy. Pobrać go możecie stąd ---> [TU KLIKNIJ BY POBRAĆ! TUTAJ! NO KURDE NIE WIDZISZ CZY CO!? TUTAAAAAAAJ!]. POLECAM!





Oddiesee - Travelling Man Instrumentals


Tego typa, podobnie jak Dannego Bowa, też wcześniej nie znałem. Ale poznałem i dobrze na tym wyszedłem - jak nie chcesz być gorszy zrób podobnie. "Travelling Man" to płyta z zajebistym konceptem: każdy numer przenosi nas do innego miasta i serwuje nam muzykę okraszoną stylem danego miejsca. Na tej płycie znajdziemy brud nowego jorku, Detroit namoczone Dillą, bujające Sao Paulo, klimatyczny Sztokholm czy soulowe Philly. Jestem zaskoczony poziomem tego wydawnictwa i raczej będę zmuszony baczniej przyglądać się temu Oddisee. 

Czekajcie na nowe posty od ekipy Zero-Siedem! ELO!

P.S. Kurwa zapomniałem się podpisać.                                               B-BoB dziffK.O.!

niedziela, 7 listopada 2010

roth boys in the building tonight

yo moi drodzy fani na całym świecie,wróciłem właśnie z mauritiusu, wracam do gry poniżej.enjoy.


asher roth - asleep in the bread aisle (2009)

krążek ashera dymam jakoś od czasu gdy kończyło się lato, przechodząc w smutną jesień, a ta praktycznie już w zimę.. dlaczego na tak długi okres "asleep in the bread aisle" przykuło uwagę moich uszu ? ash mimo,ze jest białasem to dysponuje kozackim flow, miło akcentuje, dobiera produkcje na których odnajduje się w 100% (ucho synu!), nie sposób chłopakowi  odmówić naturalności - tematyka utworów po których porusza się roth jest jakże bliska nam, białym chłopcom i białym siostrom ze środkowej europy. bo wiesz, studia, a w wypadku autora albumu koledż blau, świetne singlowe "i love college" traktujące właśnie o studiowaniu i o wszystkim tym z czym wiąże się chodzenie na uczelnie; melanż itp...dalej numery np. o kulaniu się samochodem, inhalowaniu joystickow, naparzaniu na konsoli (i`m xbox live bitch!), choć jestem zobowiązany nadmienić,że są tu momenty bardziej rozkminkowe typu "as i em",w którym asz mówi,że eminem był dla niego inspiracją, ale jest sobą i nie chce być do niego porównywany czy spokojne "his dream". chciałbym też poinformować, że uwielbiam perkusję od don cannona w wyprodukowanym przez niego "la di da" i w "sour patch kids" - tracku złożonego przez jak to się odmienia,ekhm...: orena yoel`a ?(wtf, egzotycznie to brzmi), który to jest odpowiedzialny za 90% "asleep in the bread aisle"

na przestrzeni całego LP pan mc operuje prostymi (w tym wypadku to tylko i wyłącznie zaleta) ale jakże trafnymi liniami: "so fill up my cup, let's get fucked up", "I can't tell you what I learned from school but/ i could tell you a story or two, um/ yeah, of course I learned some rules/ like don't pass out with your shoes on", "...And no rules, I'm only 22/I need to watch football and hang with a crew/but if you don't get mad when I get fat/cuz all I do is eat drink smoke weed and rap". nic wielkiego ? ale do chuja właśnie takich wersów często brakuje w rapsach zza oceanu bo przecież nie każdy mc to gangster. i cytując pewnego genialnego pijaka: "Prostota to sekret najgłębszych objawień, pisarstwa, malarstwa, każdej czynności. Życie jest doniosłe w swojej prostocie." (jeśli znasz autora tych słów to powiedzmy,że czeka Cię nagroda,ha)..

podsumowując asher paul roth,obecnie 25 letni białas z morrisville w pensylwanii (o dzięki Ci wikipedio) debiutując w 2009 roku albumem "asleep in the bread aisle"  narobił sporo szumu, wybił się, zyskał szacunek sceny, chociaż już pewnie takowy posiadał po pierwszym mikstejpie (nie słuchałem, hejtuj) skoro na krążku pojawili się sam Busta Rhymes! oraz Slick Rick! (klik klik panie al paciwo buaha).a zapewnił to sobie chłopaczyna swoimi umiejętnościami na bitach z tłustymi perkusjami, którym bliżej do 2000 niż do 2010 (w rap środowisku to przeważnie ogromny plus) i fajnym podejściem, ja to kupuję,i czekam na kolejne wydawnictwo.  


C e s a r z K l e p i u s z I