Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zapomniani a znani. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zapomniani a znani. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Z cyklu „Zapomniani a szkoda” : Fela Kuti. Muzyka, to broń przyszłości.



Czytajcie uważnie, bo o takich ludziach jak bohater dzisiejszego cyklu, trzeba coś wiedzieć i pamiętać zawsze. Tego nie znajdziesz na Grouponie , ale z pewnością takie smaki to tylko na ZeroSiedem!

Będzie to prawdziwy powrót do korzeni, tam gdzie wszystko się zaczęło - do Afryki. Konkretnie do Nigerii.

Właśnie w tym najludniejszym na kontynencie afrykańskim państwie, w 1938 roku przyszedł na świat Fela Kuti, a właściwie Olufela Olusegun Oludotun Ransome-Kuti.

Powiedzieć, że Fela Kuti był muzykiem, to tak jakby Jordana nazwać tylko koszykarzem.

Kuti to wojownik, więzień sumienia, u którego muzyka była najwspanialszym narzędziem.  

Fela pochodził ze stosunkowo majętnej rodziny nigeryjskiego pastora i dyrektora lokalnej szkoły. Matka walczyła z kolonializmem i szerzyła w nigeryjskim społeczeństwie feminizm, a bracia parali się dochodowym fachem lekarzy. W 1958 roku ich los podzielić miał i Fela, którego wysłano do Londynu na studia medyczne. Jednak duch w nim był dziki i nieokiełznany, zbuntował się i postanowił zająć się saksofonem i trąbką. Fascynował go wówczas jazz i muzyka afrykańska, ale prawdziwej iluminacji doznał podczas pobytu w Ghanie w 1967 roku. Wtedy na bazie różnych brzmień i inspiracji stworzył nurt, który nazwał afrobeatem, jeden z najbardziej wpływowych we współczesnej czarnej muzyce.

Pierwszym bandem w życiu Feli(przyłączył się do nich w roli wokalisty), był band Koola Lobitos-łączył jazz ze stylem highlife, pochodzącym z Ghany, zachodnioafrykańskim gatunkiem muzycznym opartym na iście bigbandowych dźwiękach dęciaków i przekomarzających się gitarach. Podczas współpracy z bandem, Kuti rozwinął swój własny, niepowtarzalny styl, który opisał jako highlife-jazz.

W 1963 roku Fela wrócił na Czarny Ląd, by wybrać się w podróż po całym zachodzie kontynentu w poszukiwaniu nowych muzycznych formuł. Zawitał też na krótko do USA, gdzie nawiązał kontakty z Czarnymi Panterami.

W 1968 roku Kuti zapowiedział nadejście afrobeatu, który Fela promował na 10-miesięcznym tournée po całych Stanach Zjednoczonych. Z USA wyjechał również bardzo zainspirowany amerykańskim jazzem.

Po powrocie do rodzimego Lagosu, miał nie tylko doskonały pomysł na swoje muzyczne emploi, ale i mocno ugruntowane poglądy polityczne.

Otworzył nightclub- the Shrine, a swój band przemianował na Nigeria'70 i zamiast o miłości, zaczął śpiewać o kwestiach społecznych, ekonomicznych i politycznych. Sam też zmienił drugie imię, które uznał za niewolnicze i mało reprezentatywne dla rewolucjonisty z krwi i kości. Ransome stał się Anikulapo, a więc "tym, który w sakiewce nosi śmierć".

A że ambicje miał tytaniczne, zaczął też śpiewać w pidżinowym angielskim, języku, który rozumiała cała Afryka.

Jego zespoły tradycyjnie obejmowały ogromny line-up składający się z wielu śpiewaków, tancerzy, saksofonistów liczne, trębaczy, bębniarzy, perkusistów, oraz oczywiście, wielu gitarzystów mieszających afrykańskie rytmy oraz jazz z upolitycznionymi tekstami piosenek. Jego muzyka była skomplikowana.

Teksty były ostre, pełne antyrządowych i antysystemowych przekonań, co oczywiście nie podobało się ówczesnej władzy.

To jednak nie koniec. Fela założył Republikę Kalakuty (w suahilli "kalakuta" oznacza tyle, co "łajdacka"), komunę będącą zarazem domem dla jego rodziny i członków ale również  studiem nagraniowym oraz darmowym szpitalem, niosącym medyczną pomoc co uboższym mieszkańcom Lagosu.

Jak można się domyślić, rząd Nigerii nie patrzył na to wszystko przychylnym okiem, jednak nie zrobił nic, do momentu kiedy Fela przegiął już bardzo serio, ogłaszając swoją posiadłość enklawą niezależną od nigeryjskich władz i nagrywając wielce popularny wśród ludu, a znienawidzony przez establishment przebój "Zombie" (1976), w którym słowami : 

"Zombie no go walk unless you tell am to walk"

     
Przyrównywał rodzimą armię do zastępu żywych trupów, ślepo wykonujących rozkazy rządu. Nabroił. 18 lutego 1977 roku żołnierze wkroczyli do Kalakuty i ją spalili. W trakcie akcji zginęła matka Felego. Wypadła z okna płonącego budynku. Nie złamało to jednak duchowego przywódcę Nigeryjczyków.

Muzycznie też nie było grzecznie. Zaczęło się od niesławnego koncertu w Akrze, gdzie w trakcie wykonywania "Zombie" wybuchły zamieszki, wskutek których Kutiemu zabroniono wjazdu do Ghany, a skończyło się w Berlinie, na tamtejszym festiwalu jazzowym, gdzie Felę opuścił cały zespół, zbulwersowany plotką, że dochód z występu chciał przywłaszczyć lider, na konto swojej kampanii prezydenckiej.

Po powrocie do Lagosu Fela momentalnie założył nowy zespół - Egypt'80 - z którym nadal jeździł w trasy i nagrywał. Wśród nowych nagrań znalazł się kolejny atak wymierzony w lokalny establishment, 25-minutowy song zatytułowany "I.T.T.", w którym nazwę International Telegraph and Telecommunications, firmy kierowanej przez wiceprezydenta Nigerii, Moshooda Abiolę, przeinaczał na International Thief-Thief. Jak widać, Fela Kuti posuwał się w swojej krytyce rządu daleko. 



Kuti kontynuował krytykę rządu Nigerii. Kiedy ludzie wrócili do władzy w 1979 roku, Kuti założył swoją własną partię polityczną - MOP (Movement of the People-Ruch Ludowy).Wojsko powróciło do władzy w 1983 roku i w ciągu roku Kuti został skazany na pięć lat więzienia za przemyt fałszywej waluty, którą miał wyciągnąć ze swojego brytyjskiego konta bankowego

Amnesty International rozpoczęła kampanię na rzecz jego uwolnienia i wielu fanów jego muzyki z całego świata kontaktowało się z Amnesty International, aby dowiedzieć się, jak mogą pomóc.

Istniały istotne przesłanki, wskazujące na polityczne motywy jego aresztowania i uwięzienia. Szef sztabu, brygadier Tunde Idiagbon, zapewnił, że rząd dopilnuje, aby Fela spędził w więzieniu długi czas, stwierdzając: „mam nadzieję, że zgnije w więzieniu.” Ponadto twierdzono, że ważni świadkowie obrony, w tym pracownicy służb celnych, nie zostali dopuszczeni do zeznawania podczas rozprawy Feli.

Amnesty International rozpoczęła kampanię na rzecz uwolnienia Feli, podejrzewając, że jego proces nie był sprawiedliwy, a jego uwięzienie wynikało raczej z pokojowych działań w sferze polityki, a nie z popełnienia jakiegokolwiek przestępstwa.

Fela został zwolniony z więzienia w 1986 roku i tego samego roku zagrał serię koncertów na rzecz Amnesty International w Stanach Zjednoczonych.

Kuti to jeden z najbardziej kontrowersyjnych muzyków w historii całej muzyki. Kompozytor, trębacz, saksofonista, klawiszowiec, bandleader, ale również polityczny rewolucjonista. Mimo tego, że przez cały czas był oczerniany, prześladowany, a nawet pozbawiony wolności- nie ustępował w walce o prawa człowieka. Praktycznie wszystkie jego nagrania są zdominowane przez wydarzenia polityczne i dyskusje oparte na panafrykaniźmie.

Jego muzyka i koncerty, przepełnione eklektyzmem, energią i ogromną charyzmą, stanowiły swoisty magnez. Przyciągały ogromne tłumy ludzi na koncerty, także poza Afryką.

Fela Kuti dał się poznać jako wielki oryginał - multiinstrumentalista, kompozytor, działacz na rzecz praw człowieka, wichrzyciel znienawidzony przez skorumpowanych nigeryjskich polityków, krytyk wojskowej dyktatury. Gdy zmarł na wskutek komplikacji wywołanych przez AIDS w 1997 roku, za jego trumną podążały dziesiątki tysięcy ludzi, a artyści i dyplomaci z całego świata złożyli swe kondolencje. 

Ps1.dokument "Fela Kuti. Muzyka to broń przyszłości" jest filmowym portretem "Czarnego Prezydenta", zrealizowanym na rok przed jego śmiercią, sprawdźcie jeśli macie możliwość. 

Ps2.absolutny mistrz bitmejkingu -Pete Rock- był pod wielkim wrażeniem dokonań Feli.

Zsamplował nawet jeden z jego utworów: 



ps3. Może ktoś z was skojarzył tytułowe foto tego cyklu z pewną okładką płyty(jeśli ktoś skojarzył to szacunek dla niego!) : 


Tak, tak. To okładka do płyty Miles'a Davisa - TuTu 


                             Kirk Douglas

piątek, 2 grudnia 2011

Z cyklu „Zapomniani a szkoda” : Jean-Michel Basquiat.

„Burżuj czuje się bezpieczny”

To będzie opowieść o człowieku, który swoją twórczością całkowicie zrewolucjonizował współczesną sztukę. Dokopał starym, anachronicznym, zgredziałym twórcom i naprowadził ówczesny pop-art na zupełnie inne, nieznane tory. Prekursor graffiti. Wielka inspiracja współczesnych street-artowców. Całe życie związany z Nowym  Jorkiem, przyjaciel Andy'ego Warhola. Ladies and gentelman:  Jean-Michel Basquiat.

Jean-Michel zaczynał o graffiti. Już w 1979 roku, w wieku 17 lat razem z kumplem - Alem Diazem - obsmarowywali ściany Wielkiego Jabłka(głównie na Manhattanie) sloganami z podpisem SAMO (Same Old Shit) i symbolem „wszelkie prawa zastrzeżone”. To ostra polityczna, antykonsumpcyjna poezja uliczna: „SAMO jest alternatywą boga”. „Burżuj czuje się bezpieczny”. „Zbuduj fortecę, a potem podpal ją”. Hasła miały bardzo anarchiczny i antykonsumpcyjny wydźwięk a wśród ludzi zapanowała ciekawość, irytacja a nawet bojaźń.

Był koniec lat 70., graffiti jako pełnoprawna dziedzina sztuki dopiero się rodziło. Odważne teksty na budynkach czy w metrze dziwiły, intrygowały, drażniły. O SAMO zrobiło się głośno, pojawiły się nawet domniemania, że to akcja jakiegoś sławnego artysty konceptualnego.

Basquiat rysował, robił pocztówki - zabawne kolaże, plakaty, T-shirty. Sprzedawał je na ulicy. Zdarzało się, że „sprzedawał też własny tyłek, 20 dolców za numerek” - zdradził. Nie przelewało mu się. Spał gdzie popadnie, zazwyczaj w kartonie. Często nie miał pieniędzy nawet na jedzenie. Co ciekawe, Jean-Michel o tym etapie życia w rozmowach opowiadał na pełnym luzie, chętniej niż o latach późniejszych, kiedy do jego studia dobijali się kolekcjonerzy, a pieniądze - setki i tysiące dolarów - upychał gdzie popadło, często o nich zapominając. 

„Daj mi trochę forsy, żebym mógł kupić farby”

W 1981 roku na wielkim przeglądzie sztuki młodych „New York. New Wave” w centrum sztuki współczesnej P.S.1 dostrzegła go Annina Nosei, właścicielka znanej nowojorskiej galerii. Pokazał całą ścianę malutkich prac - rysunków i kolaży. „Daj mi trochę forsy, żebym mógł kupić farby” - usłyszała, gdy odmówiła pokazania ich u siebie, tłumacząc, że zajmuje się wyłącznie malarstwem. Dała, a on po kilku dniach wrócił z obrazami. „Były świetne!” - wspomina Nosei.

Słuchał muzyki. Mawiał, że maluje do muzyki, że łapie rytm i leci. Ale nie tylko muzyka towarzyszyła mu w pracy - brał coraz więcej narkotyków. Pod koniec życia przyznał, że wciągał do setki działek kokainy dziennie. Malował, padał, spał, wstawał, brał i wracał do obrazu: 1982 i 1983 to bardzo intensywne lata jego kariery. Miał wystawy w najważniejszych galeriach w Stanach Zjednoczonych. Był wschodzącą gwiazdą i wiedział o tym. Kolejne wystawy podbijały Europę: Rotterdam, Zurych, Rzym, Tokio...

Jego obrazy sięgały cen minimum kilku - ale zazwyczaj były to dziesiątki - tysięcy dolarów. Stał się nagle bogaty. Malował w garniturze Armaniego. „Superkomfort. Robię to, co chcę” - mówił pytany o bogactwo, które spadło jak grom z jasnego nieba. Brał udział jako model w pokazach mody Comme Des Garçons, projektował okładki płyt, imprezował w słynnych klubach. Pił, tańczył, ćpał. Stawiał wszystkim. Lgnęły do niego dziewczyny. W 1985 Basquiat pojawił się na okładce The New York Times. Był księciem nowojorskiej sceny artystycznej. „Idziesz do restauracji i pisze o tym »The Post« na szóstej stronie” - śmiał się. Znał muzyków, poetów, projektantów mody, dziennikarzy, artystów na czele z Andym Warholem. Był jedną z nielicznych osób, które Warhol naprawdę darzył przyjaźnią i otaczał szczerą opieką. Traktował go jak syna, często dzwonił i pytał, czy załatwił ważne sprawy, czy spotkał się z matką. Wzajemnie się inspirowali, razem malowali - obraz „6.99” ich duetu jest na wystawie w Bazylei. Mieli też wspólne wystawy.

Nagła śmierć Warhola na początku 1987 roku wstrząsnęła Basquiatem. Załamał się, jeszcze więcej ćpał. Stał się agresywny. Zerwał kontakty ze znajomymi. Niewiele malował. W kwietniu 1988 roku - po dwóch latach przerwy - pokazał nowe prace w Vrej Baghoomian Gallery. Jak się okazało, była to ostatnia wystawa zorganizowana za jego życia. I wstrząsająca: czaszki, kościotrupy czy niezwykłe drzewo genealogiczne, gdzie pod każdym z rozgałęzień artysta napisał „man dies”. Jakby przeczuwał śmierć... Obraz „Riding with Death” z 1988 roku przedstawia człowieka czy raczej ciało jadące na kościotrupie. Te ostatnie obrazy nie są zapełnione niedbałymi rysunkami, znakami graficznymi, symbolami i bazgrołami jak wcześniejsze. Nie są też charakterystyczną feerią kolorów. Ekspresja ustąpiła miejsca refleksji, dzikość i chaos - przejrzystości kompozycji, jasnemu tłu.

Na jego płótnach ikony popkultury są obok afrykańskich masek, polityka spotyka się z poezją, krytyka rynku sztuki i konsumpcjonizmu zderza się z mitologią, magią, szamanizmem. Był pierwszym czarnoskórym artystą, który zrobił międzynarodową karierę. Choć przyznawał, że nigdy nie doświadczył na własnej skórze ostrych przejawów rasizmu, miał tylko problemy z łapaniem taksówek. Nawet gdy skakał na środku ulicy w eleganckim garniturze i spodniach od piżamy, był dla kierowców niewidzialny... Może dlatego nie umiał oddzielić życia od sztuki. „Malując, myślę o życiu, nie o sztuce” - tłumaczył.

Jean-Michel to neo-ekspresjonista, którego twórczość była eksperymentalna, nad wyraz niekonwencjonalna. Patrząc na jego dzieła, można pomyśleć, iż namalowało je 8-letnie dziecko. Zdeformowane kształty, prosta aczkolwiek pewną ręką narysowana linia oraz te dosadne napisy, które dawały do myślenia, które kazały wdać się w dywagacje na temat kondycji świata, na temat tolerancji, bólu, miłości i innych jego aspektów, towarzyszących nam na co dzień. Miał w zwyczaju przekreślać niektóre słowa. Był to zamierzony zabieg, gdyż, jak twierdził, to co skreślone jeszcze bardziej przykuwa ludzką uwagę.

Jego prace są przepełnione różnymi motywami afrykańskimi, duchem ulic Nowego Jorku…. Są bardzo żywiołowe, pełne szaleństwa i ….. tworzone w pośpiechu. Zupełnie jakby Basquiat przeczuwał, że nie zostało mu zbyt wiele czasu na tym świecie.

Parafrazując jego słowa: zbudował fortecę, podpalił ją i w końcu sam w niej spłonął.

ps. postać Basquiata (zagrana przez Jeffreya Wrighta) została przedstawiona w filmie "Basquiat - Taniec ze śmiercią". W rolę Warhola wcielił się Dawid Bowie. Sprawdźcie koniecznie ten film.

ps2. „Ernok” dziś jego cena dochodzi nawet do 10 mln dolarów.

ps.  znany perkusista heavy-metalowy z formacji Metallica- Lars Ulrich, który w swojej kolekcji posiadał kilka dzieł Basquiata, w 2007 roku sprzedał ten obraz na aukcji w NY za 13, 5 mln dolców !!!!

Cpt Kirk Douglas

niedziela, 27 listopada 2011

Z cyklu "Zapomniani a szkoda": Herbie Hancock by Cpt Kirk Douglas

Faktem jest, iż obecnie kwatery 0.7 bardziej przypominają burdel niż bastion rzetelnego dziennikarstwa, przy czym my właściwie tylko odcinamy kupony od fejmu, jemy homara na obiad, kawior na kolacje, a ostatnio jak mogliście przeczytać w poczytnym dzienniku "fakt", w pokoju hotelowym redaktora B. 
znaleziono twarde narkotyki oraz kompromitujące zdjęcia z suto zakrapianej orgii. W związku z tym postanowiliśmy zasilić szeregi "zerosiódemki" nowymi twarzami, a to wiąże się z nowymi, świeżymi pomysłami. Panie, Kobiety, Dziewyczny, Koleżanki, oczekujcie tłustych zdań od Cpt Kirka Douglasa 
oraz gościnnie Soulquariana. O nas... zapomnijcie, idziemy w solidny melanż. Ok, dość pierdolenia słowem wstępu, zapraszam do lektury. klepa.

***


Postaram się was zapoznać albo przypomnieć  o najważniejszych postaciach szeroko rozumianej tzw. „Black Culture”. Nie liczcie na chronologię bo to w ogóle nie jest najważniejsze. 
Będę wam opisywał postacie, które swoimi dokonaniami w ogromnym stopniu zasłużyły się dla współczesnej kultury, a niestety bardzo często wypadły z obiegu współczesnej popularności.

Opisując dzisiejszego artystę mógłbym tylko napisać, że stanowił jeden z trzonów kwintetu samego Miles’a Davis’a. Mógłbym również wspomnieć, że jest jednym z najwybitniejszych  pianistów i kompozytorów jazzowych w historii muzyki, a swoimi dokonaniami podłożył trwałe fundamenty pod muzykę rap oraz Dj-ing,  i to w zupełności powinno wystarczyć.  Jednak jak mawiał klasyk:  if you don't know the past,the future is worth shit, dlatego czytaj to uważnie dzieciaku bo mowa będzie o Herbiem Hancocku.

Od siódmego roku życia grał na fortepianie i uznany za muzyczne "cudowne dziecko" w wieku 11 lat zagrał koncert fortepianowy z Orkiestrą Symfoniczną z Chicago.
Jako nastolatek wsłuchiwał się w nagrania Oscara Perersona i George'a Shearinga, a następnie studiowaniu utworów m.in. Milesa Davisa czy Johna Coltrane'a. 
Debiutancki album Hancocka ukazał się w 1962 roku i nosił tytuł "Takin' Off". Z niego właśnie pochodzi utwór "Watermelon Man". Dzięki niemu już rok później, muzyk był w zespole Milesa Davisa. Tam razem z Ronem Carterem (kontrabas) i Tonym Williamsem (perkusja) stworzył tam najsłynniejszą sekcję rytmiczną modern jazzu. W tym czasie Hancock nagrywał także sesje dla słynnej wytwórni Blue Note.

Zresztą sam Davis w swojej autobiografii akcentował wielką pasję gry Hancocka:
„…A ego każdego z nas nie pozwalało na dawanie dupy. Tony(Williams) nadawał tempo, a Herbie był jak gąbka. Cokolwiek zagrałeś, pasowało mu, wciągał wszystko(…)przypominał mi gościa, co będzie pił i pił, aż nic w butelce nie zostanie- tylko dlatego, że jest co pić. Taki był na początku, grał, grał i grał, bo potrafił, bo nigdy nie brakowało mu pomysłów, bo uwielbiał grać. Rany, skurwiel grał tak dużo, że czasami chodziłem do niego i udawałem, że mu odetnę obydwie dłonie… „( M.Davis & Q.Troupe-Miles.Autobiografia).

Myślę, że właśnie to ogromne absorbowanie przez Herbiego ukształtowało jego muzykę- bardzo eklektyczną, pełną różnych inspiracji i zwinnie poruszającą się na wielu muzycznych horyzontach-od popu, rap, jazz aż po techno.
Zaraz po odejściu z zespołu Davis’a, Hancock zaczął rozwijać muzykę fusion. Efektem był m.in. bestsellerowy album "Head Hunters", nagrany w roku 1973 dla Columbia Records. Nawet Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych dodała ten album do swoich zbiorów i oznaczyła jako: kulturowo, historycznie i estetycznie ważne.
Hancock miał także talent do świetnego wykorzystywania elementów rapu i techno - dowodem był m.in. album "Future Shock" wydany w 1983. Oczywiście najsłynniejszy track z płyty- Rockit- szybko stał się wielkim hitem a przy tym rozpoczął prawdziwe boom na turntablism. Pamiętacie to? 



Przedmiotem podziwu jest zwłaszcza inwencja rytmiczna Hancocka i jego inwencja improwizacyjna. Od ponad trzydziestu lat tworzy on muzykę zarówno o charakterze czysto jazzowym, jak i będącą pod mniejszym lub większym wpływem popu, rapu i techno, w każdym z tych gatunków poruszając się z równą swobodą.

Ps.   Wielu artystów wykorzystywało fragmenty utworów Herbiego jak np.Us3, 2Pac, Nas, Madonna, Kool G Rap, LL Cool J i wielu, wielu innych. Sprawdźcie to koniecznie





Ps.2. Wspaniała wiadomość dzisiaj obiegła świat: KONIEC LOCKOUTU w NBA!!!
Zatem:  Let the games begin and go Lakers!!! 
Cpt Kirk Douglas