niedziela, 20 maja 2012

HH Kemp Line-Up: Jean Grae

 


Leniwe, apatyczne, majowe popołudnie. Wprawdzie zewsząd docierają do nas różnorodne informacje dotyczące artystów, którzy wystąpią na tegorocznym festiwalu w Hradec Kralove. Jednak pozytywna gorączka dopiero nastąpi, gdyż zostało jeszcze sporo czasu do rozpoczęcia festiwalu, ale każde nowo pojawiające się nazwisko przyprawia nas, z każdym dniem, o zwiększoną ciepłotę organizmu. Postanowiliśmy przeanalizować najważniejszych uczestników HH KEMP A.D 2012, przedstawić pokrótce te muzyczne osobistości oraz ich dokonania. Ot, tak, żeby nie jechać do Hradec „w ciemno”. Choć mamy nadzieję, że większa część line-upu jest doskonale znana prawdziwym fanom „Festiwalu z Atmosferą”. A jak wiadomo, nadzieja jest…


Jean Grae


Ktoś kiedyś słusznie napisał o niej 'najbardziej szanowana, a z całą pewnością najbardziej szanująca się z raperek'. Trudno się z tym nie zgodzić. Jeśli pod swoje skrzydła wziął ją sam Talib Kweli, a gościnne występy proponują tacy mikrofonowi wyjadacze jak Masta Ace, Pharoahe Monch czy Atmosphere, to coś musi być na rzeczy. Własny, niepodważalny i bezkompromisowy styl, który ujawnia się przy okazji niebanalnych tekstów raperki rodem z NYC, choć jej korzenie wędrują aż do RPA.
Jean Grae to jeden z większych talentów kobiecego MC'ingu w zeszłej dekadzie. Bez dwóch zdań. To raperka, która słowami potrafi na mikrofonie krzesać iskry. Sprawdźcie…


Z cyklu „Odrób lekcję dzieciak”: Masta Ace cz.1





Jeden z ważniejszych graczy na scenie powiedział kiedyś, że w tej grze nie ma świętości, nie ma miejsca na święte krowy, nie ma nietykalnych zawodników. Jest w tym stwierdzeniu oczywiście wiele słuszności, jednak jak to zwykle bywa- są wyjątki od reguły. Masta Ace jest właśnie takim wyjątkiem. Bez dwóch zdań. 

Masta to człowiek, który hip-hop ma wpisany w DNA. Rap to dla niego małżonka, która, choć wiele lat minęło, wciąż darzona jest niezwykle mocnym uczuciem, szczerością i wiernością, ów związek przepełniony jest niezwykłą troską o siebie. Że Ace jest ikoną? To fakt oczywisty. Że należy do „wymarłego” gatunku raperów, który jednak wciąż nie zamierza rezygnować? Że cechuje go high level of rapping skills? Wiadomo. Inspiracja dla wielu graczy, nawet dla samego Eminema.  

Ace to MC, który obcuje z rapem już od lat 80tych XX wieku. Widział wszystkie przemiany tej muzyki, od oldschoolu, czasy Złotej Ery, aż po „syntetyczne” czasy. Dlaczego jest ikoną? Sprawdźmy najważniejsze dokonania tego kota:

Sittin on Chrome (1995)- Delicious Vinyl

 Największy sukces komercyjny rapera. Płyta od początku do końca stoi na wysokim poziomie. To punkt łączący czasy boom bapu(„Born to roll”), g-funku( „Sittin on chrome”), soulfullowych brzmień(”The INC-Ride”) i wreszcie braggadacio(„Terror”). Wszystko okraszone Isley Brothers, Roy’em Ayers’em czy Ericem Gale’m. Choć ogólnie można powiedzieć, że jest to pokłosie sukcesu „The ChronicDre’a. Dla mnie jest on lepszy niż Chronic. Album oczywiście znakomicie sprawdza się podczas jazdy samochodem, więc zakupcie dobry sprzęt do swoich powozów i jazda…


 „What’s ya name kid?
Well, let’s just say it’s the A to the S-E, Don’t try to test me


Masta Ace - Terror





Disposable Arts(2001)












A LONG HOT SUMMER(2004)

Dwa albumy Masty, które na trwale zapisały się złotymi literami w annałach rapowej historii. Albumy znakomite na każdą porę dnia i nocy, przez cały rok. Kapitalne, klasyczne bity + bezpretensjonalny rap na stałym, wysokim poziomie. Wciągające storytellingi, którymi Ace przenosi nas do swojego świata. Po przesłuchaniu „A long hot…” określenie „lato” nabiera zupełnie innego znaczenia. Przynajmniej w moim przypadku. Doświadczenie, mądrość, szczerość, a przy tym Ace pokazuje jak jechać podwójnymi, bez zbędnej zadyszki i efektownie. Kwintesencja koncept albumu. Ktoś słyszał wówczas o takim producenckim kocie jak Koolade???Po tym kawałku poznał go cały świat:


Masta Ace- Beautiful




„(…)the most beautiful thing ever
And it's here to bring terror to the bling era (yeah)
You can feel it in ya inner
It's like Grandma's house, Thanksgiving dinner
It's like a day in the park
Or at night when you get the ball and you play in the dark…”

Niewielu jest MC, którzy potrafiliby tak opisać poznanie kobiety i uczucie, które ich połączyło. Ace tego dokonał:

Masta Ace- Brooklyn Masala



“On out first date knocked on the door around 8
when she came down she smelled good and looked great
She had the tight Frankie D'z on, white on white ones
a pink bubble goose and pink bubblegum, I'm like: DAMN!!!”




 eMC – The Show (2008)
M3 Records


Oczywiście, że ciężko jest dorównać poziomowi solówek Ace’a. To jasne. Oprócz tego słyszałem opinię, że płyta jest zbyt różnorodna muzycznie i przez to mało spójna.
Że niby co??? Ace to mistrz mikrofonu, ale Punchline, Wordsworth i Stricklin także trzymają poziom. „The Show” to sprawnie opowiedziany dzień z życia eMC. Od samego początku można zaobserwować duże zrozumienie wśród raperów. Na produkcji Ayatollah, Marco Polo, Koolade, Frequency, Quincy Tones czy Nicolay. Wszyscy wnieśli sporo różnorodności, od syntetycznego posmaku, aż po headbanger. Moim zdaniem, właśnie ta różnorodność jest atutem, bo wszystko komponuje się perfekcyjnie. „The Show” to wzorcowy przykład tego jak powinien wyglądać undergroundowy rap.

eMC- Once more (prod. Marco Polo)



eMC- Winds of Change




Masta Ace & Edo G - Arts and Entertainment (2009) M3 Records


 
Album miał zadatki na klasyk (zadatki czyli Maste i Edo), jednak wyszła z tego „tylko” dobra płyta. MC robią swoje. Jest trochę nawiązania do dawnych czasów i dokonań raperów, jest sporo goryczy na temat obecnej sytuacji w rapie. Generalnie, warstwa liryczna stoi na wysokim poziomie. Zatem dlaczego „tylko” dobra? Produkcja. M-Phazes, Spinna czy Supreme One to uznani producenci, ale podobnie jak reszta producentów,  na „Arts…” bez błysku. Fajerwerków nie ma. Szkoda, bo dwóch konsystentnych MC zasługuje na więcej.
Nie muszę chyba wspominać, że „Arts…” mimo tego, że jest „tylko” dobra, to wciąż pokazuje wielu „młodszym artystom” gdzie jest ich miejsce. O jakich „artystów” mi chodzi? Sprawdźmy:

Masta Ace & Edo G – Little Young



“Understand where I'm comin from?
Nope you probably don't, that's cause you a little young(…)
Understand what I'm sayin son?
Nope you probably don't, that's cause you a little young…”

“Remember Youngsta’s? Now we got Young Star
Too young to buy a drink, drive they own car…”


Master(Masta) Ace – Take A Look Around (1990) Cold Chillin

  
Jeśli kochacie oldschool tak jak ja, to jest to pozycja obowiązkowa. Co ja mówię? To jest album obowiązkowy dla każdego, prawdziwego fana rapu. Debiut Master Ace’a z 1990 roku. Legendarna wytwórnia Cold Chillin. Produkcja Marley Marl i Mister Cee. Może przedstawię samplowanych artystów? James Brown, Curtis Mayfield, Otis Redding, Eddie Kendricks, Grand Funk Railroad, Crusaders, Gil-Scott Heron, Kool & the Gang, starczy? Przy tym już wtedy Ace udowodnił, że jest absolutnym mistrzem mikrofonu, dodatkowo ukazując swoją wszechstronność. Jego teksty są bardziej bezczelne, dosadne i „głodne” niż przy „nowszych” albumach. Flow Ace’a jest na tyle elastyczne i giętkie, że skutecznie dostosowuje się do stylistyki i tematu każdego tracku. Przykład? „Letter To The Better”. Sprawdźcie ten numer, w jaki sposób i z jaką prędkością, Ace wypowiada słowa i je akcentuje.

Masta Ace – Letter to the Better



Do historii oraz do podręczników rapowania trafił kawałek “Me and the Biz”. Masta w dwóch rolach. To on udaje Biz Markiego, któremu chciał pokazać jak ma nawinąć napisany przez niego tekst! Wszystko okraszone sporą dawką humoru i dystansu. Techniczny majstersztyk, który wyniósł Ace’a na rapowy Parnas

Masta Ace – Me and the Biz



W następnej części przedstawię najlepsze featuringi Masty. A było ich wiele.



1Love

Captain Biz Douglas


sobota, 19 maja 2012

HH KEMP Line-Up: Dilated Peoples


Leniwe, apatyczne, majowe popołudnie. Wprawdzie zewsząd docierają do nas różnorodne informacje dotyczące artystów, którzy wystąpią na tegorocznym festiwalu w Hradec Kralove. Jednak pozytywna gorączka dopiero nastąpi, gdyż zostało jeszcze sporo czasu do rozpoczęcia festiwalu, ale każde nowo pojawiające się nazwisko przyprawia nas, z każdym dniem, o zwiększoną ciepłotę organizmu. Postanowiliśmy przeanalizować najważniejszych uczestników HH KEMP A.D 2012, przedstawić pokrótce te muzyczne osobistości oraz ich dokonania. Ot, tak, żeby nie jechać do Hradec „w ciemno”. Choć mamy nadzieję, że większa część line-upu jest doskonale znana prawdziwym fanom „Festiwalu z Atmosferą”. A jak wiadomo, nadzieja jest…


Dilated Peoples





            W zasadzie to tych panów nie trzeba przedstawiać. Niewiele jest ekip, które cieszą się takim respektem na całym świecie jak Dilated. Nazwa oznacza ludzi, którzy stale doskonalą swoje umiejętności. Dorobili do tego małą filozofię ("dilated" oznacza też stan, gdy oko jest otwarte), mówiącą, że patrzą na świat bardzo wnikliwie. Stąd się wzięło logo składu, przedstawiające zarys postaci, której głowa stanowi źrenicę wielkiego oka.

 Przedstawiciele kalifornijskiego klimatu działają na scenie już kilka ładnych lat. Babu, Evidence i Rakaa Iriscience to trzy różne style, trzy rożne osobowości, które w połączeniu dają wybuchową mieszankę. Bezkompromisowo i z dużą pewnością siebie potrafią komentować otaczającą ich rzeczywistość, a przy tym zachowują szacunek i nawiązania do tzw. starej szkoły rapu i wszystkich elementów kultury Hip-Hop. 

Wzorcowa działalność w kalifornijskim undergroundzie, zaowocowała uznaniem szerszej publiczności i mediów. W dużej mierze to Dilated zmienili obraz sceny z L.A, która kojarzyła się głównie z gangsta rapem. Na rozkładzie (oczywiście prócz Babu i Evidence’a) mają takich producentów jak: DJ Premier, The Alchemist, Questlove czy Kanye West.A w dorobku klasyczne już krążki: „The Platform”, „Expansion Team”, „Neighborhood Watch” czy ostatnio „20/20”.

 Jest dużo słońca i luzu, ale wszystko okraszone jest wnikliwym spojrzeniem, które rejestruje wszystko co nas otacza i może być źródłem naszych wrażeń zmysłowych…






czwartek, 19 kwietnia 2012

"I am the one who told george bush that he could be a president".


Dope D.O.D. - Branded (2011)
Ci chorzy pół-ludzie, pół-nie wiadomo co, nie uznają żadnych świętości, nie stosują półśrodków, nie biorą jeńców, strzelają do dzieci i niewiast. Przed takimi typami jak oni, ostrzegały Nas matki. Twoja młodsza siostra po spotkaniu z Holendrami już nigdy nie byłaby tą samą, niewinną dziewczynką. Co by nie pisać o Dope D.O.D., idealnie wstrzelili się ze swoją definicją hardkorowego, podsyconego dubstepem, hip-hopu. Dmuchnęli w żagle statku, wodowanego w 2009 przez Foreign Beggars za pomocą „United Colours Of Beggattron”, z tym,że załadowali na pokład treści typowo nadające się na horror. I widać/słychać , że zrobili to skutecznie, docenieni przez Korn, i Limp Bizkit przed którymi grali supporty.


Sprawa jest prosta. „Branded” to nazwa planety na której Dopey Rotten, Jay Reaper, Skitz Vicious postanowili umieścić dużo wszelakiej maści okropieństw – a Twoje ciało znalezione w wannie pełnej krwi na tyłach jakiegoś dziwnego domostwa zaliczałoby się do najlżejszego – oraz sporo nielegalnych tematów. Bo partycypujemy tu np. w pięknej balladzie, odzie do narkotyków - „Candy Flipping” (oj jakże przewrotny tytuł), co ciekawe, numer należy do jednego z najgładszych na płycie, a gitarka nadaje tym prawie 4 minutom lekkiego vibe`u. Reszta już nie prezentuje się tak lekko i śmiało możemy wrzucić większość tracków stąd do szufladki tytułowanej: instant pożoga, rozpierdol, armagedon, rebelia.


Każdy z tej trójki barbarzyńców prezentuje się solidnie jeżeli chodzi o mordowanie bitu. Co prawda nie osiągają mistrzostwa w sztuce, ale razem tworzą zgrany kolektyw, dobrze naoliwioną maszynę. Jednak trzeba sobie zdać sprawę, że już solowo nie kopałoby to tak tyłków. Z drugiej zaś strony jeżeli nie wypada się blado przy Seanie Pracie (tak, Piiii z Heltah Skeltah), ba, dorównuje się mu poziomem tak jak ma to miejsce w tracku „Psychosis”, to świadczy to o jakiejś skali talentu reprezentantów Groningen. Poza tym wersy: "I am the one who told george bush that he could be a president", prezentują zarówno pomysłowość jak i uświadamiają Nas w wielkości pojebania ludzi spod pomarańczowej bandery.

Last, but not least, na koniec pozwoliłem sobie zostawić fundament sukcesu „Branded”, za którym kryje się niejaki Peter Songolo. Pozostający w cieniu swoich bardziej charakterystycznych kolegów , a prościej rzecz ujmując, producent praktycznie zawsze startuje zza pleców MC choćby ten cechował się wyrazistością kisielu, przygotował sporą dawkę kopiących tyłki melodii. Często przywodzą na myśl najlepsze fragmenty wspomnianego „UcoBBeggarsów czy słynne, osławione „Contact”, niewątpliwy plus bez jakichkolwiek podejrzeń o kopiowanie. Songolo pokręcił gałkami swojego automatu; zgotował serię cięć tępą piłą produkując numery zachęcające do rozkurwienia czekogolwiek, kogokolwiek. Więc jeśli czeka Cię ciężki dzień przeprawy przez „ocean” kontaktów z idiotami to „Branded” wydaje się być idealną dawką wspomagania w tym trudnym czasie.



                      sir Klepsky.

niedziela, 1 kwietnia 2012

The Dreamer/The Believer.

Wstępnie kilka zdań na wolno w temacie LP, a dalej mały dyskurs pomiędzy mną a Kacprem:

Common krążkiem The Dreamer The Believer zdecydował się porzucić postawę zaangażowanego, inteligentnego artysty,  przykładnego człowieka, wzorca dla młodych adeptów miejskiej dżungli, na rzecz chłopaka bawiącego się życiem, w tym groźnego faceta , który ma niejeden sposób jak wypatroszyć wack mc`s. Dla ultrasów poczynań Commona powyższa cenzurka płyty jest dyskredytująca, bo Ci przyzwyczajeni do ciepłych, bogatych w miłość numerów niechętnie przyswoją storytellingowe "Raw" czy "Sweet" z liniami pokroju "How Can I say this?/ Fuck it, i`m the greatest." Swoją droga niemiłosiernie prosta, ale jakże imponująca gdy wjeżdża nią Common na bicior.

Mimo, iż Common spłycił liryki w porównaniu do poprzednich wydawnictw to nie ma siły by odczepić stały element nagrań autora "Like Water For Chocolate". Potwierdzeniem niech będą ciepłe "love i lost", pogodne "blue sky" albo "the believer" z udziałem Johna Legenda. Zachodzi tu umiejętne balansowanie pomiędzy jurnymi przechwałkami, dostatnią, elitarną zabawą w gronie najbliższych przyjaciół, a historiami o większym bagażu pozytywnych emocji... 


Kacper
a jak ci siadła płyta commona
Klepa
jeszcze nie sluchalem
ale z singli to ghetto dreams i the raw
Kacper
kozacki jest na maxa
jest taki muzyczny idealny
Klepa
mowisz?
Kacper


bardzo dojrzały
Klepa
sprawdze na pewno na dniach to sie podziele
opinia
ale slyszalem rozne skrajne
Kacper
ja juz 3dzien męcze
Klepa
Ty mowisz,ze mega, ktos tam,ze raczej slabo
Kacper
tez myslalem
ze oprocz ghetto dreams nic
ale
wiesz
za tym 7 razem to juz
Klepa
no, to juz kiedys wrzucalem na tablice 
to kozak
+ jeszcze 2/3 single, to wszystko co slyszalem
Kacper
7 razy płyta
robi swoje
tak samo o pariasach myslalem i czytalem ze gówno
ale niektóre po prostu
idealnie mi siadają
Klepa
postaram sie napisac cos o tym
bo ponoc ta plyta jest lzejsza niz pozostale commona
Kacper
o wiele
moim zdaniem
Klepa
ale o nawijeczke tu sie nie boję raczej
Kacper
nie
chodzi
o nawijke
Klepa
to jak wlasnie w tym singlu leci blue sky, albo w the raw - o to chodzi !
Kacper
styl tekstów ten sam i on jest troche dla mnie uciążliwy, a raczej był, cięższy, ale w połączeniu z tak świetna kompozycja szok.
poza tym sa
na płycie mocniejsze momenty
gdzie on z buta wjezdza
a są lajtowe z użyciem pianina wolniejsze


gdzies mniej wiecej 48 sekunda
mocne wejscie
i mocna nawijka
Klepa
no to wydaje sie,ze Common nie zawiodl
Kacper
duża szerokość płyty
Klepa
mainstream na najwyzszym poziomie
Kacper
rozpiętość
a do tego ma fajną okładkę
Klepa
no to bede to nakurwiał
juz mi cala recenzje zalatwiles
przepisze rozmowe z fejsa
i tyle ;]


***
Dziś, mądrzejszy o kilkanaście przesłuchań, zgadzam się z:

- duża rozpiętość/szerokość płyty;
- fajna okładka;

i w sumie to tyle. Poza "Raw", "Sweet", "Ghetto Dreams" i "Blue Sky" nie będę tu wracał. Reszta już kiedyś była, choćby na eleganckim "Finding Forever" z 2007. 


          sir Klepa
          hejtuj.

wtorek, 20 marca 2012

O Antonionim słów kilka.


Nowy, oczywiście jak to na ZeroSiedem, nieregularny cykl poświęcony magom X muzy oraz ich najważniejsze produkcje.


W pierwszej odsłonie cyklu wystąpi Michelangelo Antonioni. 

W tym roku świętujemy stulecie urodzin tego geniusza kina. Jego filmy zmieniły na trwale bieg i oblicze światowego kina. Całkowicie zrewolucjonizował sposób patrzenia na miejsce jednostki we współczesnym świecie, posługując się językiem dotąd nieznanym i niestosowanym.

W swoim filmach starał się odszukać odpowiedzi na fundamentalne pytania: skąd przybywamy? dokąd zmierzamy? Człowiek poszukuje,  błąka się i błądzi. Podobnie było z Antonionim na poletku filmowym. Kiedy w 1960 roku na festiwalu w Cannes pokazano film „Przygoda", widzowie wręcz wygwizdali film, choć „Przygoda” zyskała nagrodę krytyków. 

Nie przejmował się krytyką publiczności, jak twierdził:

„Nie robię filmów dla publiczności. Chcę robić po prostu filmy”

W latach 1957-1975 zrealizował osiem dzieł, które na trwale zapisały się w annałach światowej kinematografii. Na szczególną uwagę zasługują dwie powstałe we wspomnianym 18-leciu trylogie: tzw. „włoska trylogia samotności” (Przygoda, Noc, Zaćmienie) oraz „międzynarodową trylogię kontestacji” (Powiększenie, Zabriskie Point, Zawód reporter)

Antonioni nie dawał widzowi gotowych rozwiązań. Pozostawiał go w roli obserwatora. Nie prowadzi widza za rękę, nie moralizuje, nie potępia nikogo, nie opowiada się po niczyjej stronie, nie jest sprzymierzeńcem publiczności, nie jest Bogiem. Publiczność sama musi się uporać z burzą myśli po obejrzeniu filmu. Jednak to pozostawienie jej sobie samej powoduje, że dojrzewa, staje się dorosła. Takie kino wyrabia w nim gotowość do własnego zdania i samodzielnej oceny moralnej.

Ciekawostką jest fakt, że w tym samym dniu co Antonioni, zmarł również inny wybitny mag reżyserii – Ingmar Bergman

To be continued…

Stay tuned

CPT Douglas

poniedziałek, 12 marca 2012

Cover Time: Smells Like Teen Spirit


Oryginał: Nirvana - Smells Like Teen Spirit


Cover: Robert Glasper Experiment - Smells Like Teen Spirit


Nirvana jaka jest każdy wie, więc nie muszę zbytnio pisać o tym numerze, pieprzony klasyk. Robert Glasper z zespołem w żaden sposób nie ulepszyli niczego w tej kompozycji, ale utwór jest ciekawym eksperymentem,  bo gdzie usłyszymy Nirvane z użyciem autotune'a i bez gitary? Pomimo znienawidzonego przez większość autotune'a cover ma dobry smak, razem z ciepłymi klawiszami i leniwą perkusją tworzy zgrabną całość. Kompozycja nie jest monotonna, pod koniec następuje apogeum w postaci wijącego się syntezatora i kobiecego wokalu, które też jest nadzwyczaj subtelne. Tak jak mówiłem wcześniej, utwór jest ciekawym eksperymentem, ale niczym więcej, nie jest to kawałek do którego będę systematycznie wracał, ale twierdzę że warto sprawdzić i poczuć tą oryginalną adaptacje.