środa, 30 listopada 2011

"6 Numerów" cz.I - by Soulquarian.

W niedzielę uderzył Cpt Kirk Douglas, kolej na Soulquariana. Jego pierwszy tekst na 0.7 to początek stałego cyklu pod tytułem "6 Numerów", a więc coś innego niż zazwyczaj pojawia się na naszych łamach. Także bez przeciągania, bierzcie się do lektury i odsłuchu, bo w kolejce już czeka kolejny artykuł w nowym, zaskakującym(!) temacie. Gwarantuję, że dzięki tym kawałkom dojedziecie do końca tygodnia bez przeszkód. yO.

***

6 numerów: z gościnnym udziałem Buna B


Bun B, jedna druga legendarnego duetu UGK (R.I.P. Pimp C), mój drugi ulubiony raper po KRS-One'ie, raper z ponad dwudziestoletnim stażem, wie jak rozwalić swoją zwrotką każdy numer, nie ważne czy to numer Taliba Kweliego, czy Rick Rossa. W pierwszym odcinku mojego cyklu "6 Numerów" chciałbym wam przedstawić numery które oprócz tego że zawierają zwrotkę wyżej wymienionego, są bardzo dobre same w sobie.



6.Slim Thug – I Ain’t Heard Of That (Remix) feat. Pharrell Williams & Bun B
Dobry banger, nic nie jest w tym numerze zbyteczne.





5.Freeway & Jake One – Sho’ Nuff feat. Bun B

Numer pochodzi z krążka „The Stimulus Package”, który jest jedną z najlepszych płyt jakie dane mi było słyszeć w 2010 roku. Piękny beat Jake One’a, piękny rap dwóch gigantów z chropowatym flow, czego chcieć więcej? Czy ten kawałek będzie jeszcze odtwarzany w moim playerze? Sho’ Nuff!




4. Dizee Rascal – Where’s Da G’s feat. UGK 

Angielski akcent na mojej liście, Dizzee razem z Królami Podziemia celnie skwitowali telewizyjny gangsta mainstream. Oczywiście sami spropsowali siebie jako wiarygodnych, jakżeby inaczej.





3. Big K.R.I.T. – Country Shit (Remix) feat. Ludacris and Bun B

Kwintesencja południowego brzmienia w jednym tracku, spotkanie legend z utalentowanym młodziakiem, Bun B pasuje do tego wałka jak nikt inny. Jeśli to jest delegacja reprezentatywna dla trzeciego wybrzeża to jestem za. K.R.I.T. jest kontynuatorem wszystkiego co najlepsze na południu.




2. La Coka Nostra – Choose Your Side feat. Bun B

Świetna zwrotka Buna i gospodarzy, świetne flow, świetny beat Alchemista, świetny koncept zdartej psychiki człowieka wojny, wszystko świetne. “This AK-47 is God, these shells are individual angels of death / Guided by the most high / Programmed to purify anyone who approach mine’s / Suicide, homicide, genocide, we all die” (Ill Bill) takie wersy imponują i zabijają, żeby spropsować Buna musiałbym zacytować całą zwrotkę.. Chcesz słuchać takich wałków czy może wolisz różnego rodzaju sflaczałych łaków? Choose Your Side…



1. Termanology – How We Rock feat. Bun B

Dwóch mikrofonowych rzeźników się zebrało, trochę porapowali, pewnie trochę popalili, no i z tego wyszedł NIESAMOWICIE DOBRY numer… Kiedy pierwszy raz ten utwór wpadł mi do ucha, już tam na zawsze pozostał, od tego czasu uważam że Bun + Premo to wymarzona kooperacja w rapie, szorstki głos i niesamowite flow Buna pasują jak ulał do surowych bujających beatów Premiera. Koszmar słabych raperów.




stay tuned.

niedziela, 27 listopada 2011

Z cyklu "Zapomniani a szkoda": Herbie Hancock by Cpt Kirk Douglas

Faktem jest, iż obecnie kwatery 0.7 bardziej przypominają burdel niż bastion rzetelnego dziennikarstwa, przy czym my właściwie tylko odcinamy kupony od fejmu, jemy homara na obiad, kawior na kolacje, a ostatnio jak mogliście przeczytać w poczytnym dzienniku "fakt", w pokoju hotelowym redaktora B. 
znaleziono twarde narkotyki oraz kompromitujące zdjęcia z suto zakrapianej orgii. W związku z tym postanowiliśmy zasilić szeregi "zerosiódemki" nowymi twarzami, a to wiąże się z nowymi, świeżymi pomysłami. Panie, Kobiety, Dziewyczny, Koleżanki, oczekujcie tłustych zdań od Cpt Kirka Douglasa 
oraz gościnnie Soulquariana. O nas... zapomnijcie, idziemy w solidny melanż. Ok, dość pierdolenia słowem wstępu, zapraszam do lektury. klepa.

***


Postaram się was zapoznać albo przypomnieć  o najważniejszych postaciach szeroko rozumianej tzw. „Black Culture”. Nie liczcie na chronologię bo to w ogóle nie jest najważniejsze. 
Będę wam opisywał postacie, które swoimi dokonaniami w ogromnym stopniu zasłużyły się dla współczesnej kultury, a niestety bardzo często wypadły z obiegu współczesnej popularności.

Opisując dzisiejszego artystę mógłbym tylko napisać, że stanowił jeden z trzonów kwintetu samego Miles’a Davis’a. Mógłbym również wspomnieć, że jest jednym z najwybitniejszych  pianistów i kompozytorów jazzowych w historii muzyki, a swoimi dokonaniami podłożył trwałe fundamenty pod muzykę rap oraz Dj-ing,  i to w zupełności powinno wystarczyć.  Jednak jak mawiał klasyk:  if you don't know the past,the future is worth shit, dlatego czytaj to uważnie dzieciaku bo mowa będzie o Herbiem Hancocku.

Od siódmego roku życia grał na fortepianie i uznany za muzyczne "cudowne dziecko" w wieku 11 lat zagrał koncert fortepianowy z Orkiestrą Symfoniczną z Chicago.
Jako nastolatek wsłuchiwał się w nagrania Oscara Perersona i George'a Shearinga, a następnie studiowaniu utworów m.in. Milesa Davisa czy Johna Coltrane'a. 
Debiutancki album Hancocka ukazał się w 1962 roku i nosił tytuł "Takin' Off". Z niego właśnie pochodzi utwór "Watermelon Man". Dzięki niemu już rok później, muzyk był w zespole Milesa Davisa. Tam razem z Ronem Carterem (kontrabas) i Tonym Williamsem (perkusja) stworzył tam najsłynniejszą sekcję rytmiczną modern jazzu. W tym czasie Hancock nagrywał także sesje dla słynnej wytwórni Blue Note.

Zresztą sam Davis w swojej autobiografii akcentował wielką pasję gry Hancocka:
„…A ego każdego z nas nie pozwalało na dawanie dupy. Tony(Williams) nadawał tempo, a Herbie był jak gąbka. Cokolwiek zagrałeś, pasowało mu, wciągał wszystko(…)przypominał mi gościa, co będzie pił i pił, aż nic w butelce nie zostanie- tylko dlatego, że jest co pić. Taki był na początku, grał, grał i grał, bo potrafił, bo nigdy nie brakowało mu pomysłów, bo uwielbiał grać. Rany, skurwiel grał tak dużo, że czasami chodziłem do niego i udawałem, że mu odetnę obydwie dłonie… „( M.Davis & Q.Troupe-Miles.Autobiografia).

Myślę, że właśnie to ogromne absorbowanie przez Herbiego ukształtowało jego muzykę- bardzo eklektyczną, pełną różnych inspiracji i zwinnie poruszającą się na wielu muzycznych horyzontach-od popu, rap, jazz aż po techno.
Zaraz po odejściu z zespołu Davis’a, Hancock zaczął rozwijać muzykę fusion. Efektem był m.in. bestsellerowy album "Head Hunters", nagrany w roku 1973 dla Columbia Records. Nawet Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych dodała ten album do swoich zbiorów i oznaczyła jako: kulturowo, historycznie i estetycznie ważne.
Hancock miał także talent do świetnego wykorzystywania elementów rapu i techno - dowodem był m.in. album "Future Shock" wydany w 1983. Oczywiście najsłynniejszy track z płyty- Rockit- szybko stał się wielkim hitem a przy tym rozpoczął prawdziwe boom na turntablism. Pamiętacie to? 



Przedmiotem podziwu jest zwłaszcza inwencja rytmiczna Hancocka i jego inwencja improwizacyjna. Od ponad trzydziestu lat tworzy on muzykę zarówno o charakterze czysto jazzowym, jak i będącą pod mniejszym lub większym wpływem popu, rapu i techno, w każdym z tych gatunków poruszając się z równą swobodą.

Ps.   Wielu artystów wykorzystywało fragmenty utworów Herbiego jak np.Us3, 2Pac, Nas, Madonna, Kool G Rap, LL Cool J i wielu, wielu innych. Sprawdźcie to koniecznie





Ps.2. Wspaniała wiadomość dzisiaj obiegła świat: KONIEC LOCKOUTU w NBA!!!
Zatem:  Let the games begin and go Lakers!!! 
Cpt Kirk Douglas

niedziela, 6 listopada 2011

Evidence - Cats&Dogs (Rhymesayers, 2011)

Zaskoczył mnie nowy Ev tym, że mnie... nie zaskoczył. Dlaczego? By odpowiedzieć odniosę się do pierwszego solo Perretty - "The Weatherman". Wydany dwa tysiące siedem lat po narodzinach Chrystusa album, był niezwykle odważnym eksperymentem, krokiem naprzód w rozwoju truskuli, ortodoksi kiwali głowami słysząc takie "mr.slow flow", a mi samemu zajęło trochę czasu by skumać jazdy producentów: alchemista czy sid roamsówBiorąc pod uwagę dzisiejsze standardy, album wciąż brzmi kozacko, oryginalnie i nadal aktualnie, starzeje się jak wino, polecam!. 

Bystry czytelnik(a przecież odwiedzają nas tylko tacy) już wie gdzie tkwi problem "Cats&Dogs". Nie spodziewajmy się odkyrwania Ameryki, bliżej tu do rdzennego hip-hopu niż do lotów na księżyc. Oczywiście nie sugeruję, że to źle wysmażyć solidny kawałek klasycznego grania, tym bardziej w czasach gdy dużo osób nieudolnie próbuje latać na marsa bez odpowiednich zabawek i warsztatu, za wysokie progi Panowie!. I tym bardziej gdy dostajemy takie petardy jak "It Wasn`t Me", "I Don`t Need Love", Premierowskie "You"  (pod rząd!) oraz popisowy numer Sid Roamsów "Late For The Sky" z gościnnym udziałem Slug`a i Aseop Rock`a. Bez wątpienia najlepsze momenty kotów i psów.

Jeśli można przyczepić się do braku nowych rozwiązań, to nie sposób "mieć coś" do samego Evidenca. To on jest głównym bohaterem tego koncept alumu, rządzi i dzieli, dzieli i rządzi czy cos czy coś. Każda biegła w temacie rapgłowa doskonale zdaje sobie sprawę z lirycznych skillsów Mr.Slow Flow. "Cats&Dogs", podobnie jak "The Weatherman" dostarcza nam spory bagaż smacznych tekstów.

Dla fanów - a w Polsce ten sympatyczny kalifornijczyk ma ich naprawdę sporo - pozycja obowiązkowa, reszcie polecam numery wymienione w tekście. Evidence na kempie z djem Babu zatrzymującym winyl plecami (dziś nazwalibyśmy to momentem epicki, wtedy sikałem ze szczęścia) ? Hmmm... Dobry pomysł.


ps. pokocham osobę, która zafunduje mi nową fife lub battlefielda? nie ważne, brzydka, głupia, bez nosa, pokocham!. ba, nawet pozwolę zagrać... raz.

pa. 

Klepowski

czwartek, 29 września 2011

O wszystkim i o nieczym, czyli co w wielkim świecie słychać

Weny na pisanie nie mam ostatnio wcale, ale jakimś cudem się przełamałem i postanowiłem postukać po mojej zacnej, gejmingowej klawiaturce parę rzeczy, przez które od komputera i eMPeTrójki oderwać się nie mogłem. 

Zaczniemy od muzyki. JAY-Z i  Kanye West puścili niedawno w świat prześwietny longplay, o którym to poczytacie post niżej. Dodam od siebie tylko, że to co zrobił tu Ye jest dla mnie mistrzostwem bitmejkingu. Ten pieprzony egocentryk potrafi robić takie produkcje, że moje uszy tego już nie ogarniają. Na Watch The Throne wychodzi mu wszystko. Od dubstepu po soczysty hip-hop. Takich płyt chcę więcej. A HOVA to wiadomo - zawsze z dużych liter.

Premier zza granicy było ostatnio dosyć sporo: Evidence (sprawdzić trzeba na pewno), Carter IV Lil Wayne'a (ani nie ściągnę, ani na youtube nie posłucham bo fanem nie jestem), The Game (też jakoś podjarki nie czuję), NNeka (to na bank sobie do listy wrzucę) i wiele innych, których nie znam bądź teraz zapomniałem.

A w naszym pięknym kraju też coś się dzieje, jak to mówi kultowy MC Nejtanek. Z najważniejszych wydawnictw wymienić trzeba nową płytę Łony i Webbera pt. Cztery i pół (tak im wyszło z kalkulacji 3LP + 1EP + 1LP chyba). Jestem w fazie odsłuchów wstępnych, z których to wnioskuję, że możemy mieć do czynienia z  kandydatem do płyty roku. Sporo tu elektroniki, mniej sampli, no i oczywiście świetne teksy Łonsona tworzą spójną, choć nie lekkawą całość. Płyta do nabycia w dobrych sklepach muzycznych, raczej dla ludzi inteligentnych. Dla fanów duetu to pozycja obowiązkowa rzecz jasna.

A teraz o grach komputerowych będzie, bo tym też się interesuję. Deus Ex: Human Revolution to w końcu to na co długo czekałem: skradanko-strzelanka z elementami RPG, tak w skrócie można ją opisać. Mamy tu całkiem fajną fabułę połączoną ze świetnym gejmplejem, który nie oferuje tylko przechodzenia poziomu z miejsca A do B w jeden oczywisty sposób, tylko idzie o krok dalej. Daje graczowi ogromne pole manewru. Możemy powystrzelać przeciwników (co generalnie łatwe nie jest, szczególnie kiedy do akcji wkraczają roboty i działka), możemy się poskradać, tak żeby nikt nas nie usłyszał bądź połączyć jedno i drugie plus szereg innych rozwiązań jak np. hakowanie wieżyczek, robotów, działek itp. 
Naszego bohatera, który jest człowiekiem uzbrojonym w przeróżne robocie rzeczy, możemy rozwijać jak tylko chcemy. Opcji jest masa: system IKAR daje nam możliwość swobodnego spadania z dowolnej wysokości, maskowanie czyni nas niewidocznymi dla przeciwników, a broń o nazwie TAJFUN rozwali nie jednego przeciwnika stojącego obok. 
Na takie gry czekam. I oby ich było więcej bo dość już mam grania w pieprzone klony Call of duty naciskające przede wszystkim na akcję. Niech zabawa na komputerze czy konsoli pozwoli czasem szaremu człowiekowi pogimnastykować szare komórki!

Z ważnych wydarzeń w świecie gier video nie można zapomnieć o premierze FIFY 2012 i PESa 2012. W demo ani jednej ani drugiej nie grałem, więc nie powiem Wam za bardzo co o nich myśleć. Widziałem gameplay gry twórców z EA Sports i wydaje mi się, że będzie hit. Pierwsze recenzje już można poczytać w internecie. Serwis Gry-Online wystawił 9/10 przyczepiając się głównie do Włodka Szaranowicza i Darka Szpakowskiego. Wg mnie bardziej konkretnie do sprawy podeszło CD-Action dając nowej FIFIE 8.5/10. Jako minusy uznali słaby silnik fizyczny oraz obronę taktyczną, no i polski komentarz. Do plusów zaliczyli fakt, że FIFA 2012 jest w końcu taka sama na wszystkie platformy (mnie to cieszy bardzo), większy realizm, precyzyjniejszy drybling, a także nowe tryby sieciowe. 
Szkoda, że aktualnie nie mam pada do kompa, ale pewnie w najnowszą odsłonę FIFY i tak zagram u Klepy na konsoli. Źle nie jest.

W zeszłym tygodniu odbyła się chyba najbardziej przehajpowana premiera w historii ludzkości. Mowa tu o beta wersji Diablo III. Nie ukrywam, że też ładnie się powkręcałem. Próbowałem nawet jakoś lewo obejść zabezpieczenia Blizzarda, ale nic z tego. Testerem nie zostałem. Jednak jak donoszą Gry-Online dużo nie straciłem, ponieważ cała rozgrywka trwa maksymalnie półtorej godziny. Pooglądałem filmiki ukazujące rozgrywkę i powiem tyle, że nowe Diablo prezentuje się co najmniej super. Wprowadzono małe uproszczenia, co hardkorowcom może przeszkadzać, dla mnie jednak są bardzo trafne (np. nie trzeba będzie się już teleportować do miasta aby sprzedać pozbierane przedmioty tylko będzie to można zrobić z menu ekwipunku za pomocą jakiejś tam magicznej runy). 
Diablo III  oficjalnie ukaże się na początku 2012 roku. Czekam z niecierpliwością.

I to było na tyle. W przygotowaniu mam tekst o...a nie zdradzę tego. Licze, że dam radę go napisać podczas weekendu, więc bądźcie czujni.

Elo.                                                                                  B The Player

niedziela, 25 września 2011

"Watch the throne" - czyli dlaczego Jay-Z trzęsie grą.



"Watch the throne"

*Zastanawiam się skąd shawn carter czerpie motywację by układać linijki jak w "otis" skoro przeszedł grę 2 razy i do tyłu,i do przodu,i w górę ,i w dół także.  Sypia z Beyonce, na fortunie z RocNation, coś już się tam ociera o Forbes. Co sprawia, że ja, tak zawsze świeży kot, mam ochotę słuchać tego ponad czterdziestoletniego dziadka, już teraz największą postać w rapach, pytam ? Ciężko znaleźć jedną, wyczerpującą odpowiedź, a więc nie podam żadnej. Mogę jedynie uchylić rąbka tajemnicy, mamy tu do czynienia ze sztuczkami magicznymi, irokezami na głowie, z chrystusem, królem polski i z polską - winkelriedem narodów oraz z kodem leonarda da vinci, masonerią, żydo-komuną ("Tears on the mausoleum floor,blood stains the Colosseum doors/ Lies on the lips of priests, Thanksgiving disguised as a feast"  aa?  tak hova zaczyna płytę). Jasne ,że pierdolę bzdury,  chodzi po prostu o tony stylu dzierżone przez Jay`a- aksjomat. Bo jeżeli Ty byś nawinął lub inny śpiewak jak Jay we wspomnianym "otis" to zrównałbym Cię z jądrem ziemii, na tym polega cała sztuka. Albo takie rzeczy np. "...Uh, Picasso was alive he woulda made her /That's right nigga Mona Lisa can't fade her /I mean Marilyn Monroe, she's quite nice /But why all the pretty icons always all white?". Albo wejście w "Gotta have it" - sprawdź to, czy osobiste "New day".

Przejdźmy teraz do Ye. Ten hochsztapler sprytnie wykorzystał potężną falę swojej "pokręconej fantazji", na której unosi się nad głowami mainstreamowych produktów. Racja, "Watch the Throne" to nie monumentalizm kompozycji "MBDTF",brak tu takich budowli jak "Power", "lift off" z Beyonce to niestety nie poziom "All of the lights", jednak śmiało możemy wpisać album w definicje nowej muzyki Westa, tej od 2010. Pokaźna banda producentów, współproducentów itd., od 88-Keys przez instrumentaliste Dean`a, po RZA, by o Tipie czy Neptunesach nie wspomnieć, a nad wszystkim czuwa ucho i EGO Kanye; przerywniki jak ten po "New day"; chór i operowe głosy w "Illest Motherfucker Alive" i H.A.M. czy nawet sama okładka sprawiają, że nad całością unosi się mgiełka tej wspaniałej, nieokiełznanej i intrygującej "dziwności" z "MBDTF". Z drugiej strony np. takie "The Joy" sprowadza album na hip-hopową ścieżkę. I bardzo dobrze, bo to najczystszej wody Piotrek Skała!.

Podsumowując, "Watch the throne" to bardziej przyziemne/przystępne "MBDTF". Mr.West nagrywa drugi z rzędu dobry krążek, Mr.Carter naprawia błąd za Blueprint III, chociaż nie, on w sumie nic nie musi udowadniać - Reasonable Doubt, Blueprint, Black Album, Kingdom Come i do tego worka słodyczy z Nowego Jorku wrzucam śmiało obecne wydawnictwo.

PS. Jeśli czyta to jakiś gbur z pitchfork to liczę na angaż w waszej redakcji, bo jak widać sztos oceniłem podobnie.

*duże litery specjalnie dla FRN z Cinema Paradiso

aa właśnie, oddawaj snapbacka Jay albo porwę Ci dziecko!


Klepa dzifffko.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Co z tym Kempem?

Joł, elo i w ogóle siema. W dzisiejszym poście chciałbym troszkę ponarzekać na ostatnią edycję kultowego rap festiwalu jakim jest Hip-Hop Kemp. Co, jak i dlaczego? Zapraszam do czytania.

1. KOLEJKI

Organizatorzy dali dupy po całości. Wjazd na teren, odebranie opaski, wejście na pole, skorzystanie z toi toi'a, piwo, jedzenie i wyjazd z festiwalu - czekało się wszędzie i długo. Nie wiem czy ludzie odpowiedzialni za organizację nie przewidzieli takiego natarcia uczestników? Przecież musieli mieć wgląd ile biletów poszło. Na moje sokole oko to w tym roku było dwukrotnie więcej ludzi niż rok wcześniej. Najbardziej wkurzało czekanie do wejścia na teren festiwalowy. Nieraz zdarzyło mi się postać w kolejce około 30 min! Ludzi ogrom, a bramki obsługuje troje ochroniarzy...porażka. Poniżej zamieszczam filmik z wyjazdu z pola. Sami zobaczcie i posłuchajcie co się tam działo (przy okazji dowiecie się, że Klepa...).



2. ODGRZEWANE KOTLETY

Niby line-up w tym roku był zacny jednak to wszystko już było (oprócz Moncha, który w końcu dojechał). Dlaczego organizatorzy nie zdecydują się na zaproszenie kogoś nowego i to dużego kalibru? Chętnie posłuchałbym takiego Nasa, Snoopa, czy Cypress Hill ( o Jay'u już nie wspominając). A gdyby tak pójść w bardziej eksperymentalne brzmienie? Dizzy Rascal, Professor Green, Rizzle Kicks...Przecież koncert Foreign Beggars pokazał, że taka muzyka podoba się ludziom. Powiew świeżości na pewno by Kempowi nie zaszkodził.

3. NAGŁOŚNIENIE...

...było słabe.

4. PIWO


Podejrzewam, że to "Gambrinus" nie jest piwem złym jednak to co lali na festiwalu było:

a) niezbyt smaczne
b) niespecjalnie kopiące banie
c) piana > piwo
d) cena nie przystawała do jakości

Dodam jeszcze, że na ten czeski specjał czekało się zbyt długo, ale to wiecie po punkcie pierwszym...

5. POLACY

Trochę ich za dużo. Więcej różnorodności  bym sobie życzył.

6. ATMOSFERA

Niestety w tym roku trochę jej zbrakło. Zamiast cieszyć się festiwalem to czekam w kolejce (patrz pkt 1), chce wypić zimne i dobre piwko na świeżym powietrzu to dostaje ten ochłap co wypisałem w pkt. 4, marzy mi się kąpiel pod prysznicem (tak, tak - w tym roku chciałem mieć większy kontakt z wodą niż w latach poprzednich) to się okazuje, że woda jest wyłączana o godzinie 13...

Ponarzekałem, ponarzekałem, ale coś dobrego też powiem. Koncerty były ok (Klepa wie), towarzystwo rybnickie zajebiste, Hruszka jak zwykle kopała i generalnie ta edycja Kempa było spoko.

No właśnie: "tylko" spoko. Czekałem na bombe, dostałem achtunga. Dzięki licznym krytycznym komentarzom na fanpejdżu HHK liczę, żę w przyszłym roku organizatorzy staną na wysokości zadania i poogarniają sprawy lepiej niż w tym roku.

                                                         Pozdro, B.

czwartek, 25 sierpnia 2011

back again.

yo homies!

prawdopodobnie nie spodziewaliscie się jakiejkolwiek aktywnosci ze strony 0.7 or die. rozumiem miliony zawiedzionych fanek w najkach i tysiące wkurzonych ziomów w najkach na bierność redakcji oł seven, rozumiem to świetnie. będąc na waszym miejscu również płakałbym w poduszkę, kląc parszywie, powodowany brakiem tłustych akapitów, co w efekcie prowadzi do kompletnego zaniku stylówy.rozumiem. 
 
cóż, byliśmy szerzyć hustlerkę na wyspie, a potem wybraliśmy się do mekki na naszą coroczną pielgrzymkę, sprawdzić czy rap jest jeszcze w mieście. sry, ale nie posiadamy za bardzo foci bo w rękach dzierżyliśmy hruszki z prawdziwej hruszki, z oczwistych względów miejsca na aparat zabrakło. są klisze na yo!toubach, kto był ten wie, że hhk to wciąż najlepszy festiwal z "atmosferą", gdzie każdy pomyka z płomieniem i turbobanią (i jak stoi napisane każdy to mam na myśli wszystkie rapgłowy, a nie co piątą,serio).
redakcja 07 to esencja rzetelnego dziennikarstwa jak tomasz lis. z tego względu jestem zobowiązany nadmienić, że 10 edycja zapewne przypadła do gustu każualom. naturalnie starym kempowiczom (czytaj MY blau!) bawiło się bardzo przyjemnie, jednak gdzieś zabrakło tej magii pierwszych edycji, sikania w majtki na największy koncertach, już to wszystko widzieliśmy i słyszeliśmy. broń panie, nie narzekam, hradec dało mi największe miazgi w życiu i żaden epickimelanż nie zastąpi kempa, jednak może to już czas poszukać alternatywy dla naszych starych, styranych bboyowych kończyn. teraz pora by kemp skopał wasze dupska.


stay fresh.



K l e p A

ps. tak B, nie widziałeś mnie na mietku i redzie bo byłem w innym miejscu, nie chciałem by te piękne chwile popsuła Twoja obecność :[]