Książę z niewyobrażalną gracją i
elegancją zajadał kolejne kęsy swojego risotto rakowego z grzybami. Danie było
wyborne, spełniające kryteria haute cuisine, a mimika twarzy pozwalała
przypuszczać, że jego wyszukane podniebienie zaakceptowało serwowaną potrawę. Wykwintne
danie, przygotowane z należytym staraniem i estymą, tak bardzo zaabsorbowało
umysł księcia, że nie zwracał on uwagi na wszelakie bodźce docierające ze
świata. Problemy jego poddanych nie były godne skupienia, którego wymagało
spożywanie rozkosznego posiłku. To nie było zwykłe sycenie głodu. Wymiar
zachowania księcia przewyższał tą płytką czynność. Księcia, w zupełności
zresztą, pochłonęła przepyszna eksploracja zakamarków potrawy i naczynia. Spokój
wykonywanych ruchów, ich szyk, wyjątkowość i skuteczność zdawały się być
wzorcowe. Godne opisania przez wielkiego poetę lub kronikarza. Obowiązkowa lektura
dla przyszłych pokoleń oraz dla wszystkich poddanych, zważywszy na to, że
przykład zawsze idzie z góry. Istny wzór książęcej kindersztuby.
Poboczny obserwator, na widok
księcia pogrążonego w konsumpcji, mógł tylko wpaść w zachwyt. To było
spełnienie młodzieńczych fantazji, całkowite dopełnienie człowieczego życia.
Jeśli można mówić o marzeniach, które naprawdę warto spełniać i do nich dążyć,
to powielenie ruchów księcia było jednym z nich.
Książę Joachim Loew dłubiący w
nosie. Mecz Niemcy-Portugalia. Gluten tag! Gluten appetit.
Jak na razie, po ponad tygodniu zmagań, mamy
powody do zadowolenia w kwestii czysto sportowej (o dziwo!), a także
organizacyjnej (o dziwo!); no może poza paroma wyjątkami o których nie chcę mi
się, a nawet nie warto wspominać. Skupmy się na piłce nożnej bo to teraz jest
najistotniejsze.
Historia się powtarza, tym razem z „lekko” zmienionym
scenariuszem, ale jednak. Ostatecznie rezultat jaki jest każdy wie – odpadamy z
turnieju już w fazie grupowej, podobnie jak 4 lata temu w Austrii i Szwajcarii,
6 w Niemczech i 10 w Korei i Japonii. Trudno wymagać sukcesów jeżeli na 270
minut potrafimy dobrze grać w piłkę połowę z tego czasu. Bo o ile mecz z Rosją
był najbliższy ideałowi, to 2 połowę z Grecją oraz z Czechami powinniśmy jak najszybciej
wymazać z pamięci. Chociaż wydaje się, że rozsądniejszym rozwiązaniem byłoby
zapamiętanie tych przespanych 90 minut i wyciągnięcie wniosków z trudnej
lekcji. No właśnie, analizujemy już od kilku dobrych lat występy kadry na
najważniejszych eventach, a efekty są naprawdę nikłe. „Mecz o wszystko” nie w
drugim, a w ostatnim spotkaniu to zdecydowanie za mało biorąc pod uwagę kilku naprawdę
zdolnych reprezentantów i poziom rywali. Życzyć sobie łatwiejszą grupę na EURO
2012 byłoby zbrodnią. Przyjmując za postęp tak małe kroki spodziewajmy się półfinałów po
naszych wnukach. Wygląda na to ,że w tym samym czasie musi się urodzić dwóch
Lewandowskich, Błaszczykowskich i innych Piszczków, żeby to miało ręce i nogi.
Ale przecież da się! Mecz ze Sborną był tego przykładem…
Rosjanom, zwłaszcza po inauguracji z Naszymi południowymi
sąsiadami, prognozowano co najmniej półfinał. Wydawali się monolitem, dobrze
naoliwioną maszyną, szybką i zabójczo skuteczną. Na pewno byli i są
najsilniejszą drużyną w grupie A, mimo,że tabela przedstawia inny obraz
sytuacji. Papier papierem, ale Arshawinovi i spółce starczyło sił do 70. minuty
z Polską. Dzagoev wystrzelał naboje w zbliżonym czasie. Aczkolwiek to Rosjanie
bardziej niż my mogą pluć sobie w brodę, gdyż w każdym starciu byli drużyną
lepszą. Cieszy fakt, że na ich tle wypadliśmy zdecydowanie najsolidniej.
Oj Ci bracia Czesi to taki pocieszny naród. Dostają lanie
4-1, zresztą po nie najgorszym meczu, by koniec końców wyjść z pierwszego
miejsca w grupie. Umówmy się, ćwierćfinał to max. dla nich w Polsce i na
Ukrainie. Chociaż z drugiej strony głupio ferować wynik z tą ich nieprzewidywalnością.
Dodając do układanki element niespodzianki, bardzo we współczesnej piłce
powszechny, kto wie co Czesi jeszcze zaprezentują na tym turnieju.
Grecy nie pokazali nic ponad to z czego byśmy ich nie
znali czyli topór niesie się dalej. Piłka nudna, wolna, wyczekiwanie na
przeciwnika, cwaniactwo (akurat to darze w kopanej), rzygi. Uważam, że to
najsłabsza drużyna turnieju i tak jak jeden z dziadków leśnych określił grę
Irlandii jako „archaiczna piłka z lat 60tych” (z czym się nie zgadzam), tak
samo wspomniane zdanie trafnie opisuje próby kopania w piłkę przez Grecję.
Turniej stracił trochę w kwestiach piłkarskich na awansie Grecji, ale o to
powinniśmy mieć pretensję do Rosji, a także do Naszej kadry. Cóż, życzę
sromotnej porażki bo to chociaż trzeba mieć styl, a nie udawać, że się gra,
druga Portugalia tu się nie powtórzy!.
Droga którą obrał Rocky to modelowy
przykład poczynań na nowej, opanowanej przez wylansowanych(SWAG!)
młokosów, hiphopowej scenie; jaką mamy niewątpliwie przyjemność
obserwować, a raczej słuchać. Bo podobnie jak w przypadku
Stalley`a czy wcześniej Big K.R.I.T.`a, wypuszczenie mixtape`u
okazało się idealną formą szerszego dotarcia do świadomego
słuchacza, otwierając przy tym bramy większych wytwórni. I tak
już jest od dobrych 2 lat gdy po kilkuletniej stagnacji spod znaku
wtórnych, słabych produkcji, otrzymujemy „wysyp” stroniących
od utartych schematów freshmenów (Currensy, Tyler The Creator,
Kendrick Lamar itd.).
Prosto z Harlemu do złożenia podpisu
na wielomilionowym kontrakcie majorsa, Sony, dzięki LiveLoveA$AP.
Biorąc pod uwagę warstwę liryczną mikstejpu, sukces jest
zastanawiający. Mówiąc prościej, nie ma tu linijek, które
cytowałbyś znajomemu z wypiekami , a same piosenki są o wszystkim
i o niczym. Mimo braku tekstowego Mount Everest, ba!, braku
tekstowych Rys, gospodarz wychodzi z opresji leniwym flow. Płynie
spokojnie po przestrzeniach, z których na największą uwagę
zasługują te od Clams Casino (polecam kapitalny, darmowy album
„Instrumentals” na którym usłyszymy też produkcje z
LiveLoveA$AP, bez wokali) i to właśnie między tą dwójką
(CC-ASAP Rocky) wydaje się być największa magia na linii
mc-producent. Samo rozpoczęcie albumu numerem „Palace” śmiało
możemy określić mianem PIERDOLNIĘCIA. Tak, rzeczywiście utwór z
niezwykłym rozmachem, pałacowo!
Błędem byłoby pomijanie innych,
równie ważnych twórców mixtape`u jak ASAP Ty Beats. Jego „Peso”
czy „Purple Swag” definiują stylówkę Rakima Mayers`a
(prawdziwe imię i nazwisko) i okazały się celnym strzałem przy
wyborze kawałków do zobrazowania. Rocky w powyższych skrzętnie
wykorzystuje hajp na swag, nadając całej zajawce i przewijającym
się kolegom z ruchu A$AP Mob sens. Chociaż i tak szef jest jeden.
Oby tylko „LLASAP” nie okazało się
opus magnum dopiero co startującego mc z Nowego Jorku. Pozostawienie
wolnej ręki przy doborze materiału byłoby najrozsądniejszym
rozwiązaniem gdyż największa siła ASAP`a tkwi w jego wyczuciu,
jakkolwiek by to głupio nie brzmiało, zdecydowanie ma „ucho do
bitów”.
Stalley – Lincoln Way Nights
Wnioskując po wywiadach etc., nie da się nie lubić brodacza z Ohio, no chyba, że ktoś ma awersję do bród (wtf?!). Przyznam, ten przesymatyczny MC, nie miał łatwej drogi do moich głośników. Kojarzenie Stalleya z fortecą Rick Rossa (ostatnio Oficer zyskuje coraz wyższe noty) wpływało niekorzystnie na decyzję o sprawdzeniu Lincoln Way Nights. Coś tam kręciłem nosem, panczowałem, co było dośc głupie zważywszy na jakość mikstejpu. Okazało się,że LWN (Intelligent Trunk Music) to najbliższy ideałowi zestaw 16 kawałków w tym roku. Idąc za nazwą, rzeczywiście inteligenta muzyka gdzie ważną rolę odgrywa tłusty, gruby bas, bas tłusty i gruby. Słychać,że Kyle Myricks to bystry chłopak, świadomy swojego pochodzenia (Massillon, Ohio), o czym daje wyraz na przestrzeni całego materiału nawiązując do podwórek Ohio, "Ohio. Massillon is a town known for its blue collar work ethic,steel factories, American muscle cars and a love for hard 808 kicks" - cytując nowojorską Mishke. Daleko tu od Swagu, zważywszy na standardy debiutujących świeżaków na Lincoln Way Nights nie dostąpimy ani razu "Swag", bodajże; Stalley nie wpada w pułapkę hustle-mutherfucker-buzz-bitch-patron-purple-weed, w której lubuje się ASAP.
Lwią część zadania wykonał odpowiedzialny za produkcję Rashad, chociaż piąteczka należy się także za "wyśpiewanie" refrenu w Slapp. Bity charakteryzuje wolne, spokojne tempo, co jakiś czas podsycane mocniejszym uderzeniem i sowitym clapem. Jednak nie ma tu mowy o nudzie, "Pound" czy "Hercules" to epicentra trzęsień ziemi, w międzyczasie skutecznie przerwane nastrojowym "The Night". A gdzie czas i miejsce by wspomnieć o "Chimes of freedumb"?! "The Sound Of Silence"?! "She Hate That Bass"?!
Duet Stalley-Rashad upiekł najbardziej spójną i najmniej "kombinowaną" płytę z ubiegłorocznych debiutów. Lincoln Way Nights okazuje się być ciosem dla tych malkontentów, którzy myślą, że sukces może przyjść tylko z odpowiednio wielkimi "plecami" i solidnym zapleczem finansowym. Błąd.Talent w parze z ciężką pracą i sercem włożonym w zajawkę to niezmiennie od lat przepis na zwycięstwo. A Lincoln Way Nights stoi za tym murem.
ps. należą się pokłony organizatorom koncertu Stalleya w Cafe Kulturalna. Wydarzenie zapewne można zaliczyć do dużych plusów minionych 365 dni. Oby więcej takich!.
Rzeczywiście miniony rok był
bardzo uprzejmy wobec nas jeśli chodzi o wydawnictwa muzyczne. Jako,
że Naczelny kartelu ZeroSiedem stale naciska na mnie abym wreszcie
strzelił jakieś podsumowanie, zatem nareszcie znalazłem garść
czasu i postanowiłem coś napisać.
Minął rok 2011. Czas na jego
wielkie podsumowanie z kartelem ZeroSiedem. Żeby było jasne:
Kapitan Kirk Douglas nie lubi podsumowań. Szczególnie, jeśli
chodzi o sztukę, bo na podstawie jakiego klucza można dokonać
PODSUMOWANIA czegoś co samo w sobie jest nastawione na indywidualną
percepcję i ocenę? Jak niby mam zestawić różnych artystów i ich
odmienne style oraz zastosowane przez nich środki? Dlatego właśnie
nie jestem zwolennikiem wszelakich rankingów, jednak podzielę się
z wami własnymi odczuciami na temat wybranych pozycji z 2011 roku.
Oczywiście będzie to tylko kilka albumów z racji tego, że
praktycznie cały czas przeczesuje dokonania artystów z ubiegłego
roku, z bardzo prozaicznej przyczyny- braku czasu.
Nie
mogłem się zdecydować na formę jaką ma przyjąć to moje resume,
więc niech to będzie przedstawienie moich ulubionych albumów( a
przynajmniej kilku wybranych) oraz zapamiętane tracki z 2011 roku.
So
let’s start the show:
Mała
legenda na wstępie:
skala
od 1-5
połowa
punktu
Ulubione
albumy A.D. 2011 :
The
Roots – undun
Rzutem
na taśmę, bo album wyszedł dopiero w grudniu 2011, filadelfijczycy
zawładnęli odbiornikami od L.A po Tokio. Eksperyment z koncept
albumem powiódł się w pełni. Nie ma zresztą co pisać więcej,
odsyłam was do naszej recenzji (o
"undun" słów kilka), gdzie razem z Bossem
przedstawiliśmy nasz punkt widzenia odnośnie tej kwestii.
Pharoahe
Monch – W.A.R ( We Are Renegades )
Kolejny
z weteranów tej gry nie zawiódł. Już na świetnym „Desire”
udowodnił, że potrafi doskonale łączyć ambitny, zaangażowany
rap z mocnymi, funkującymi bitami. Soczysty, głęboki, zaangażowany
i przemyślany album. Na „W.A.R” Monch tylko potwierdził swoją
klasę i pozycję. Wśród producentów m.in Diamond D, Marco Polo,
Exile czy M-Phazes.
Big
K.R.I.T. - ReturnOf4Eva
MC
i producent rodem z Missisipi pozamiatał w 2011 roku. Jak się
okazuje, nie postanowił spocząć na laurach i już możemy cieszyć
się nowym mixtapem- „4evaNaDay”. Liczne featuringi i „Return…”
uświadamia nam, że 2011 rok należał do tego pana.
Kendrick
Lamar – Section.80
Rzadko
kiedy coś lub ktoś potrafi zaskoczyć Kapitana Kirka. Lamarowi to
się udało. Niesamowite flow, niby strasznie laidbackowe, a jednak
na tyle charyzmatyczne i mocne, że wyrywa z butów.
Hassaan
Mackey & Apollo Brown – Daily Bread
W
zasadzie to wystarczyłoby tylko napisać, że za bity odpowiada
Apollo Brown. I to byłaby dostateczna rekomendacja. Świetne,
boom-bapowe bity oraz rap Mackeya tworzą niesamowity klimat tej
produkcji. Katować do „bulu” jak ma zwyczaj mawiać Mr.
President. W ogóle duża dawka produkcji wychodzących z labelu
Mello Music Group jest godna polecenia, jak chociażby: Oddisee -
"Rock Creek Park” .
ps.
Apollo
nagrał album z O.C i wyjdzie pod koniec marca, także szykuje się
niezłe wydarzenie!!!
Swollen
Members – Dagger Mouth
Już po odsłuchu pierwszego tracku-“Do or Die” wiedziałem, że szykuje się coś dobrego. Po przeciętnym Armed To The Teeth, kanadyjscy wymiatacze powrócili z przytupem i skutecznie się zrehabilitowali. Generalnie główne propsy dla Rob the Vikinga za warstwę muzyczną, która świetnie współgra z mrocznymi tekstami Prevaila i MadChilda. Zdaję sobie sprawę z tego, że „swollenowi puryści” uznają tylko Balance czy Bad Dreams, ale do cholery to jest moje podsumowanie !!!
Common-
The Dreamer, The Believer
Pogłoski
o mojej śmierci były przesadzone - jak mawiał klasyk
gatunku(zawsze chciałem to napisać!). To samo mógłby rzecz raper
rodem z Chicago. Common powrócił proszę Państwa. I to w wielkim
stylu. Common o jakim już pomału zapomnieliśmy, nawiązujący
stylem i rapowaniem do najlepszych czasów. W
połączeniu z produkcjami No I.D –The Dreamer, The Believer to
swoisty back
to the essence.
Na
najwyższym poziomie. I ja to kupuję.
Jamie
Woon – Mirrorwriting
Pamiętam
moją pierwszą styczność z tym albumem. Znajomy puścił mi go na
swoim iPodzie i choć miałem wątpliwości i byłem negatywnie
nastawiony, to muszę przyznać, że teraz mu za to dziękuję(
thanks Bro). Świetna płyta, z tajemniczym i zakrawającym o
elementy mistyki singlem- Night Air. „Mirrorwriting” to genialne
połączenie dubstepu, muzyki house z elementami r&b i soulu.
Wszystko bardzo wyważone i w odpowiednich proporcjach. Dla mnie Woon
to taki muzyczny Jarmusch- przy pełnym minimalizmie w środkach
potrafi barwnie i dogłębnie przekazać swoje refleksje odbiorcy.
Atmosphere
- The Family Sign
Nie
tylko Kevin Love i Ricky Rubio doprowadzają Minneapolis do wrzenia.
Charyzmatyczny duet; Slug & Anty rozsławiają Minnesotę równie
mocno.
Po
absolutnie genialnym ‘When
Life Gives You Lemons, You Paint That Shit Gold” miałem
pewne obawy co do tej produkcji. Slug, jak mało kto, potrafi w
plastyczny i przekonujący sposób zaserwować nam storytelling,
który w dodatku często „opakowany” jest w zgrabną metaforę.
Tak jest również w przypadku The
Family Sign.
Teksty nad wyraz osobiste i refleksyjne, pełne smutku i
przygnębienia. The
Family Sign
to dobra płyta i na pewno godna uwagi, jednak ja wyczułem lekką
monotonię i wtórność, a wydaje się, że Slug zatracił swoje
dotychczasowe atuty: bezkompromisowość, bezczelność okraszoną
sporą dawką sarkazmu. Mam nadzieję, że tylko na The
Family Sign.
A może to po prostu bezsensowny przejaw mojego malkontenctwa, bo
przecież 90% raperów może tylko pomarzyć o takiej płycie…
Pozostałe albumy:
Sepalot
– Chasing Clouds
Pete
Philly – One
Silent
Knight - Busy Is My Best Friend
Thundercat
– The Golden Age of Apocalypse
Mayer
Hawthorne – How Do You Do
Akua
Naru – The Journey Aflame
Oto
lista kilku kawałków, które najbardziej kojarzą mi się z 2011
rokiem:
Pharoahe
Monch – Evolve
„Moja
twórczość płynie prosto z duszy”. Nie sposób nie wierzyć
Faraonowi. Świetny bit Exile. Mroczny klimat wraz z żeńskimi
chórkami daje nam istna mieszankę wybuchową, a ciarki na plecach
są oczywistością:
„My
shit is straight from the soul, God damn it
It's
the one time only
Vernacular
original miraculous spectacular flow(…)
So
what I'ma do is separate the false from the Judas,
You've
amassed nothing trying to ball like UMass”
Lenny
Kravitz – Superlove
Tak,
tak. Gdzieś w otchłani hustlerskiej duszy Kapitana Kirka tli się
światełko i miłość do dawnych love soundtracków. Klasyk
namaszczony niewątpliwymi wpływami muzyki Prince’a czy Marvin’a
Gaye’a. Poza tym, Lennemu wyszła całkiem dobra płyta- sprawdźcie
ją.
SBTRKT
– Wildfire
Świetny
singiel promujący krążek Aarona Jerome’a, ukrywającego się pod
pseudonimem SBTRKT. Dobry, pulsujący kawałek z magicznym wokalem
Yukimi Nagano.
Starkey
– Open the Pod Bay Doors
Brawo
za klip (!) i niesamowity klimat kawałka. Zresztą ktoś w
komentarzach pod klipem dał nam znakomitą radę: „press play,
lean back, close eyes.. welcome to your
sub-conscience...”.
Ja tak na pewno zrobię.
Kendrick
Lamar – Blow My High ( Members Only )
“Look
at my life then look at yours
Get
some ambition, why you bored?
Time'll
never wait on no man
Society
will never hold your hand”
No
i ten refren prosto od Pimp C (R.I.P)
The
Roots – The Otherside (feat. Bilal & Greg Porn)
Bilal
pojechał ostro po bandzie. W zasadzie to móglbym tu wstawić
większość tracków z “undun”. Trochę nie zgadzam się z
opinią Klep Mastera (tutaj),
że „undun” trzeba słuchać od początku. Tutaj również
wrzucenie losowego numeru( a przynajmniej większości z nich ) jest
jebnięciem samym w sobie…
Raperzy
zaangażowani w ważnej sprawie, a przy tym niesamowita Mela
Machinko.
Akua Naru - The World Is Listening
Kawałek
oparty na motywie Johna Mayera - I Don't Trust Myself, u mnie nie
schodzi nadal z odsłuchu. Zresztą jak cały album „The Journey
Aflame”. Bardzo klimatyczny i hipnotyzujący krążek, który
zdecydowanie „naraża” słuchacza na spędzenie z nim mnóstwa
czasu
Cyne – Chapter II: Teeth
W
zasadzie mógłbym tu wlepić cały album. Idealne przykład na
doskonałą równowagę między melodią a liryką…