poniedziałek, 20 lutego 2012

Podsumowanie cz.1. The Weeknd & SBTRKT.


Obecnie idea podsumowań roku nie zdaje egzaminu. By nie być gołosłownym poprę swą tezę argumentem z własnych doświadczeń:

ostatnio przejrzałem podsumowania ulubionych portali oraz ludzi, których gust cenię i wyszło na to,że by osłuchać się z wszystkimi pozycjami godnymi uwagi potrzebowałbym gdzieś tak 300 lat. Zaznaczam,że mowa tu o muzyce z samego 2011. Dlatego też nie bardzo mogę pojąć jak jedna osoba może machnąć listę 10000 albumów. Kpiny. Jak możesz wydawać opinie o czymś co tylko obiło Ci się o uszy (chociaż ja tak potrafię) ?! Ale okej, niektórzy widocznie mają całkiem nudne życie.
Aczkolwiek zrekapituluję minione 365 dni jako,że dużo rzeczy robię na odwrót. Tym razem, inaczej niż rok temu – podzielę tekst na części, m.in. stuff niehiphopowy, freshmeni, rap i wszystko to co przyjdzie mi do głowy w trakcie pisania, a w tym momencie jest gdzieś poza nią. 

The Weeknd - "House Of Ballons", "Thursday", Echoes of Silence".



Chyba nie było dla mnie w ubiegłym roku większej niespodzianki niż The Weeknd, a właściwie ukrywający się pod tym pseudonimem, Kanadyjczyk Abel Tesfaye (Erytrejczyk z pochodzenia). Będąc jeszcze bardziej precyzyjnym, niespodzianki w postaci debiutanckiej trylogii artysty, 9trackowych albumów, kolejno „House Of Ballons”, „Thursday” oraz „Echoes Of Silence”.  
The Weeknd poza tym,że sam skomponował wymienione płyty to jest na nich wokalistą. Gdyby tego było mało i nie świadczyło do końca o samowystarczalności Abela, stworzył on internetowe wydawnictwo XO. Z jego pomocą (XO), bez lizania dupy „wielkim” przemysłu fonograficznego stał się gwiazdą, paradoksalnie niekomercyjną i w pełni niezależną, zdobywając poparcie sceny totalnie mainstreamowej, oraz tej na drugim biegunie – hipsterskiej (taa jest) !! Pozwolił sobie nawet odrzucić kontrakty zgnuśniałych molochów: 

„Ludzie wciąż nie wierzą, że nikt mnie nie wydaje. Nie mam kontraktu i nie chcę go. Reprezentuje mnie moja własna wytwórnia XO”.

No dobrze, nad czym tu takie spuszczanko?

„House Of Ballons”, „Thursday” i "Echoes OF Silence” są rewolucyjne we współczesnym r`n`b, to główni reprezentanci ,i podwaliny pod erę post-r`n`b, a także ścisła czołówka post-dubstepu, gatunku w którym obecnie tworzy najwięcej ciekawych,godnych uwagi muzyków. W moich oczach, obniżają w wielkim stylu wartość dzisiejszych piosenek r`n`b. To już nie słodkie, melodyjne numery. Kanadyjczyk z rocznika 1990(!!!) dolał tu sporo mroku i brudu, wymieszał, dostarczając wachlarz skrajnych emocji. Momentami zmysłowo, momentami zimno, bardzo melancholijnie. 
Nie wydaje mi się bym kiedykolwiek publikował takie stwierdzenie ale ten „trójpak” przemówił do mojej wrażliwości. Numer „Morning” gościł na playliście najczęściej – piosenka roku - a w połączeniu z  klipem wywołał u autora recenzji efekt zbierania szczęki z podłogi. Inną sprawą jest  przeróbka kawałka „Króla Popu” - „Dirty Diana”.  Grzebiąc w utworach,które z reguły wywołują u twórców gęsią skórkę  na samą myśl o jakichkolwiek zmianach, Nasz młodzieniaszek wyszedł jak najbardziej obronną ręką, zresztą posłuchajcie sami:


Zdecydowanie creme de la creme 2011, do pobrania za darmo, w pełni legalnie stąd http://the-weeknd.com/
Obiecuję sobie po The Weeknd wiele. Czuje,że w niedalekiej przyszłości Abel Tesfaye zaskoczy niejednym wyjątkowym materiałem. DEBIUT !

***

SBTRKT


Pod tym wydawać by się mogło przypadkowym zlepku liter, które - dla waszego dobra - wymawia się Substract, kryję się nie kto inny jak Aaron JeromeChociaż w obecnej sytuacji pytanie: kim właściwie jest Aarome Jerome przy rozpieprzającym parkiety, występującym w plemiennej masce SBTRKT?; nie byłoby jakimś potężnym faux pas . Nie sposób kryć fakt,że to dzięki ubiegłorocznemu LP "SBTRKT", Jerome trafił do szerszej publiki. Już pomijając bangery promujące jak "Pharaohs" z Roses Gabor i "Wildfire" z Yuki Nagano, wokalistką Little Dragon, całość jest dość szczelnie wypełniona potencjalnymi hitami. Oczywiście nie prawię tu o tanim plumkaniu, które słyszysz w radiu odwożony przez matkę do szkoły, a potem puszczacie sobie na przerwie zerżnięte do bólu, powielone poraz 204894 dubstepy. Album londyńczyka wymaga raczej salonowego ucha, obytego w post-dubstep jeździe James`a Blake`a, wyczulonego na brytyjski garaż i house. Ucha głodnego klubowych brzmień i trendów europejskich stolic.

Longplayowi wydanemu nakładem Young Turks nie brak szczypty elektronicznego funku Dam-Funka w postaci "Sanctuary", zawierającego wokal Sampy, którego absencja znacznie umiejszyłaby jakość "SBTRKT". Szczęśliwe położył wokale na większość produkcji i tak po "Sanctuaryotrzymujemy z jego udziałem oparte na ciężkim basie "Trials Of The Past". Passa trwa dalej, bas zalicza kolejny mocny moment na "Right thing to do"  (Jessie Ware na majku), nastepnie przechodząc w cieplejsze, groovowe klimaty i ponowną sesję z głosem Sampy - "Something Goes Right". "Pharaohs" jest receptą na udany melanż, by po 4 minutach przeskoczyć w garażowe "Ready Set Loop" i wrócić cudownie rozganiającym chmury "Never Never" - Sampa, czapki z głów!.

Głupio byłoby pominąć którykolwiek numer , zwłaszcza, że każdy z nich prezentuje inną sytuacje współczesnych dźwięków. Na prawde staram się doszukać jakiś rozczarowań, coś wytknąć...... .. ............. ... ...... . .. o! mam. Debiutancki album Substracta bardzo szybko wchodzi do głowy i już tam zostaje.


Ciąg dalszy nastąpi...
sir Klepa

piątek, 17 lutego 2012

Cover Time: Desmond Dekker - Israelites

Od dzisiaj rusza nowy nieregularny cykl dotyczący jak sama nazwa mówi coverów. Niektóre lepsze od oryginału, niektóre są tylko ciekawostką, jedno jest pewne ZeroSiedem się nimi wszystkimi zajmie, bez patrzenia w whosampled ani inne tego typu podobne strony, wszystkie obserwacje wzięte będą wyłącznie z autopsji.
                                     




                   Oryginał: Desmond Dekker & The Aces - The Israelites (1969)



Cover: Max Romeo - Israelites (1993)



Muszę przyznać że ciężko mi porównać te dwa utwory do siebie, oby dwa mają dobry vibe, jednak nie sposób przejść obojętnie obok trzeszczącego oldshoolu emanującego z Dekkera. Max Romeo minimalnie zmniejszył tempo utworu, przy tym zachowując charakter. Dziwne jest uczucie kiedy się słyszy najpierw cover, a później dopiero oryginał... Wersja pierwotna brzmi na pierwszy rzut ucha prymitywnie, ale w końcu coverowanie polega na dodawaniu, zmienianiu, ulepszaniu kompozycji kawałka.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Z cyklu „Odrób lekcję dzieciak”: O.C cz. II


Przyznam się bez bicia,że zaniedbałem sprawę tego cyklu Cpt Kirka. Tekst już od dłuższego czasu leżał na mojej skrzynce, a ja miałem coś dopisać o sztosach Diggin In The Crates, ale obecnie mam zerowe flow na nawijki o nowojorczykach. Dlatego też przed Wami 2 część o O.C która pierwotnie miała być trzecią(ostatnią) bo tutaj otrzymałem gotowy artykuł, prosto do publikacji!. Klepa.

*** 

O.C oprócz solowych dokonań i działalności w D.I.T.C, udzielał się na wielu mixtape'ach i gościł na bitach wielu producentów. Sprawdźmy co z tego wyszło.

Oto moim zdaniem 10 najlepszych featuringów Omara Credle, just listen (kolejność przypadkowa): 


Saukrates feat. Masta Ace & o.C - Rollin

Kanadyjski producent wiedział o co chodzi i zaprosił do kawałka dwóch najlepszych undergroundowych MC lat 90. Podobno pieniądz rządzi światem. Jeśli chcecie wiedzieć czy tak jest w rzeczywistości i co się za tym kryje, to posłuchajcie Rollin. Kawałek pozamiatał Masta niesamowitą zwrotką i jego nieśmiertelnym mottem przewodnim:  cash rules everything except me 


Marco Polo feat. O.C. - Marquee

Płyta kanadyjskiego producenta mieszkającego w Nowym Jorku- Marco Polo “Port Authority” nieźle namieszała w rapowym świecie i sprawiła, że uważany jest on obecnie za jednego z najlepszych producentów. Podkłady nawiązywały do najlepszych dokonań Premiera i Pete Rocka, lecz wnosiły sporo świeżości i głębi. Nie tylko bity, ale również lista zaproszonych gości do współpracy powala na kolana: O.C, Masta Ace,Ed O.G, Large Professor, Buckshot, Kool G Rap, Sadat X, A.G i kilku innych. Marco Polo zasłynął już w 2004 bitami na „A Long Hot Summer” Masta Ace'a. Wspołpracował z takimi tuzami rapu jak: Heltah Skeltah, Pharoahe monch, Boot Camp Click, Torae, Krs One.  


DJ K.O. ft. OC, Torae & Kaze - 3 in the Chamber


Tłuścioch od DJ K.O. Oprócz weterana rap gry - O.C , dwa młode koty - Torae & Kaze. Nic dodać, nic ująć. Just listen. 


DJ JS-1 feat OC & PHAROAHE MONCH "RIDICULOUS"

Nie znacie JS-1?Napiszcie 1000 razy w zeszycie: DJ JS-1 - członek legendarnego Rocksteady Crew. JS-1 potrafi skosić słuchaczy oldschoolowym klimatem, błyskotliwością i rozpierduchą godną największemu trzęsieniu ziemi. Tak było też w przypadku „Ridiculous”. O.C & Faraon niszczą track jak Manny swoich przeciwników. Sprawdźcie to koniecznie.  
A poniżej remix z udziałem Masta Ace'a. Bardziej funky and dirty.


DJ JS-1 feat O.C „Beyond

Phenomenon speech czyli back to the oldschool. Dobry bit, dobre cuty, które przenoszą nasz w czasy Golden Age. Z pozoru może się wydawać, że O.C nawija bardzo szorstko i prosto. Tylko z pozoru. 


DJ JS-1 feat O.C „Life…Word”

Kolejny track obu panów. Członek D.I.T.C. składa hołd Ś.P. Grandmasterowi Roc Raida- członkowi legendarnej grupy The X-Ecutioners 


Snowgoons ft. O.C., Reef & Rasco - No Guts No Glory

Ogień! Niemiecka grupa producencka Snowgoons to najlepsza rzecz jaka mogła spotkać naszych zachodnich sąsiadów. Jeszcze lepsza niż brylujący Mario Goetze w Dortmundzie. Oprócz Omara, na tracku także Reef The Lost Cauze z Army of the Pharaons oraz Rasco


Grooveman Spot ft O.C.- Maintain

Perełka ! Japoński DJ-producent, dla którego tworzenie jazz rapu jest równie ważne jak dla jego rodaków ceremonia parzenia herbaty.


Pete Rock feat O.C „Respect Mine”

Soul Brother #1 i O.C tworzą niezapomniany duet i wychodzą naprzeciw z misją dydaktyczną: uczą szacunku i pokory wobec mistrzów mikrofonu: 

Prominent aura dominant moral islamic
Amazing phenomenon like Haley's Comet
(…)And put it together that nigga OC's quite clever
Always and forever no one can do it better 


Lord Finesse feat O.C & Krs One - Brainstorm

New York style in da house ! Szalone wersy całej trójki. Lepiej nie zadzierać z tymi kotami, a przestrogą niech będą słowa Finess'a:

You better step to the next man
Cause the greatest soccer player couldn't kick it like Finesse can 


Street Smartz feat. Pharoahe Monch & O.C. - Metal Thangz (DJ Ogee Production) 

Starzy, dobrzy znajomi znowu razem. Co mogło z tego wyniknąć? Oczywiście klasyczny track, który całkowicie pozamiatał Faraon

Show & A G feat O C - Land Of The Free

Świetna epka legendarnego duetu z D.I.T.C. Gościnnie O.C, ale tylko w refrenie. Pozycja obowiązkowa dla fanów nowojorskiego stylu.  


Crooklyn Dodgers 95 - Return of the Crooklyn Dodgers

Znacie, lubicie, podziwiacie, słuchacie. 


A.G. Feat. Gang Starr & O.C &Party Arty - Weed Scented (Produced by DJ Premier)

Najlepszy feat O.C jaki słyszałem. W sumie, wystarczyłoby żebym napisał, że gościnnie występują dwie absolutne legendy muzyki rap-Guru(R.I.P)  i O.C, a produkcją zajął się Preemo i to byłaby najkrótsza rekomendacja. Moc wydobywająca się z tego kawałka na stałe osiada w uszach wszystkich słuchaczy.
Absolutnie najlepszy przewodnik dla młodych MC jak składać punche: 

O.C., I'll be M.V.P. so envy me
This verse here is better than ya whole CD
Respond to it, anybody I'm begging y'all could do it
I smash any race or creed that wanna get stupid

Cpt Kirk Douglas

niedziela, 5 lutego 2012

"6 Numerów" ze słońcem w tytule by Soulquarian


Witam!
Dzisiaj następna część cyklu 6 Numerów, tym razem ze słońcem którego ostatnio nie brakuje, ale coś nie grzeje naszej umęczonej planetki, wysłuchajcie tych kilku przyjemnych tracków i pomóżcie mu świecić z większą mocą grzewczą. Za gorącą prośbą fanów ten odcinek będzie pierwszym w którym zasięg muzyki wychodzi poza rap. Enjoi!

6. The Beatles - Here Comes The Sun
Tu mowa o innym słońcu... Szczerze mówiąc to nie wiem na czym polega fenomen Beatlesów, przecież to tylko przyjemna milusia muzyka, nic więcej.


5. Dwele - Detroit Sunrise feat. Monica Blaire & Lloyd Dwayne
Zawsze powtarzałem że neo-soul idealnie smakuje podczas wszelakiej szarugi, jest tym dla uszu czym są kalesony dla nóg...


4. Modestep - Sunlight
Sens słów tego numeru nie jest taki, ale korzystając z zasobów lirycznych, chcę żeby słońce raniło mi oczy, żeby prześwietliło te zmrożone ulice i przyniosło radość, żeby można było wyciągnąć Ray Bany których nie mam z zakurzonej szafy. SŁOŃCE NAPIERDALAJ!



3. J Dilla - Sun In My Face feat. Blu & Jontel
Ten numer jest idealny na słoneczną zimową pogodę, nie ma tu o czym pisać, wszystko jest takie jakie ma być, nic więcej nie potrzeba temu utworowi. Aha, Blu w końcu sprawdzony i muszę powiedzieć że jest prze kotem


2. Sun Ra - Sun Song
Który mieszkaniec Ziemi wiedział więcej o słońcu niż Sun Ra który utrzymywał, że przybył na naszą planetę z Saturna? Kawałek wydaje się, że jest trafną zamianą obrazu grzejącego, spokojnego, niedzielnego słońca na dźwięk. Dzwony + klawisze, ten moment to poezja!



1. Roy Ayers - Everybody Loves The Sunshine
Miodzio, po tej piosence słońce na pewno zaświeci mocniej, kocham ten utwór tak samo jak kocham promienie słoneczne. Uwielbiam ten nostalgiczny vibe i techniczny sznyt instrumentalistów.


         

niedziela, 29 stycznia 2012

"weź to sobie zakoduj jak canal+ / jestem tak gorący, że nie wkładam bluz"

Nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie zamieścili tego niespodziewanego wydarzenia, tego swoistego światełka nadziei dla truskuli; wywiadu z Wankzem z Dinal Tim, który kilka lat temu zjadł cały rap wraz z kolegami Urbkiem i Mejdejem krążkiem "W Strefie Jarania i W Strefie Rymowania". Warto to zachować dla potomności.

K.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

"6 numerów" vol.3, Soulquarian.


6 numerów A.D. 2011
nie słuchałem wielu rap płyt z tego roku, więc rankingu nie zrobię, mam za to dla Was sześć świetnych numerów prosto z 2011 roku, kolejność dowolna.


DJ Quik - So Compton feat. BlaKKazz K.K.
Quik nagrał zacny krążek w ubiegłym roku, jest luz, jest vibe, jest groove, zyli wszystko co g-funk ma sobą oferować, jednak już to nie jest to samo co kiedyś...

Evidence - The Red Carpet feat. Raekwon & Rass Kass
Na tym zaszczytnym miejscu za pewne wylądowałby "You", ale każdy zna, każdy wie, więc zaszczytne miejsce w rankingu zdobywa nostalgiczny "The Red Carpet", beat prosty, łapiąy za gardło oparty na wokalnych samplach, ale efektowny, zwrotki gości i gospodarza zajebiste, słuchać nie umierać, być może jeszcze sprawdzę "Cats & Dogs"


Reks - This Or That
Podopieczny Statika niestety swoim krążkiem nie zaprezentował nic ponadprzeciętnego, oprócz numerów "25th Hour" i "This Or That" które wyrywają z butów. Dziwi mnie to że raper z takim potencjałem nie może nagra debiutu który będzie się wyróżniał, przecież ma perfekcyjne flow, świetne gry słowne, płynie po tych beatach jak mało kto. Mam nadzieje że jeszcze usłyszę o tym kocurze.

A.$.A.P. Rocky - Peso
Następny pojedynczak z płyty której nie sprawdzałem, w każdym razie jest świeżość, jest atmosfera, jest SWAG. Jaram się tymi wersami chopped n' screwed w refrenie obok wręcz neo-soulowego śpiewu. "Couple A, B, C's, bad bitch double D / Popping E I don't give a F, told you I'm a G"

Common - Ghetto Dreams feat. Nas 
Nie chce wspominać o jednym z najgorszych dotychczas wydawnictwie Commona, gdzie Common bawi się w J.Cole'a, ale ten singiel jest mistrzowski. I.D. na beacie, gościnnie sam Nas, to jest prawdziwy rap.

Big K.R.I.T. - R4 Theme Song
"mainstream is cool but in my heart forever underground", chwała bogu za K.R.I.T.A., wreszcie raper który umiejętnie łączy ze sobą te dwa światy, jak jeszcze dodam że sam sobie robi te kozackie beaty, to mogę już na tym zakończyć, jak dla mnie mixtape z którego pochodzi ten joint to wydawnictwo roku. Czekam na legal!

S O U L Q U A R I A N

czwartek, 12 stycznia 2012

O „undun” słów kilka od Kirka (+ sir Klepa)

Nie Nowy Jork, nie Atlanta, nie L.A, a Filadelfia jest obecnie OSTOJĄ muzyki rap. Jednak przypisać filadelfijczyków stricte w kanon rapu byłoby zbrodnią. The Roots to najwspanialszy eklektyzm w muzycznym świecie jaki możemy sobie wyobrazić. Elementy rocka, jazzu, soulu okraszone rapem - przy udziale żywych instrumentów.  


Ciężko jest wygłaszać opinię, w momencie kiedy brakuje autorowi obiektywizmu. Przyznam się bez bicia, że mnie owego obiektywizmu brakuje. Brakuje jeśli chodzi o grupę The Roots.

Jestem wielkim fanem filadelfijskiej ekipy już od wielu lat i do tej pory nigdy nie zawiodłem się na ich dokonaniach. A możliwość zobaczenia Rootsów live on stage było swoistym dopełnieniem moich ówczesnych ambicji związanych z kulturą hip-hop i muzyką rap. Nie będę jednak opisywał jak Black Thought i spółka dają czadu na koncertach, lecz przekażę wam kilka moich przemyśleń na temat najnowszego albumu The Roots -„undun”.  

Zresztą, ciężko było nie czekać z niecierpliwością na ten album po takich zapowiedziach: 

"Chcieliśmy, żeby nasza muzyka miała jednolity temat, ale eksperymentalny charakter" - mówi perkusista grupy, Ahmir "?uestlove" Thompson. - "Chcemy opowiadać historie, które można dopasować do długości albumu, a które jednocześnie będą użyteczne dla słuchaczy. „undun” jest opowieścią o dzieciaku, który staje się przestępcą, ale wcale się nim nie urodził. W przeciwieństwie do postaci Bishopa, którą Tupac stworzył w Juice - nie jest ani ofiarą ani bohaterem. To po prostu dzieciak, który zaczyna kreować otaczającą go rzeczywistość tak, jak mu wygodnie. Ale w gruncie rzeczy czy wszyscy tego nie robimy?"To będzie ciężkie, orkiestrowe brzmienie z mocniejszymi bitami. 

Żaden prawdziwy fan rap gry nie mógł narzekać na ubiegłoroczne Mikołajki, albowiem zaserwowano nam prezent nie lada urody. Troszkę minęło czasu odkąd zabrałem się za ocenę „undun”- chciałem nabrać dystansu, pewności swoich racji i stopniowo oswajać się z tym albumem. Jak się okazało te zabiegi były…. zupełnie niepotrzebne. Już po pierwszym przesłuchaniu wiedziałem, że śmiało można „nowe dziecko” filadelfijczyków określić jako masterpiece. I to bez najmniejszego  grama przesady.

Wydawało mi się, ze po absolutnym arcydziele jakim było „How I got over” , Rootsi  wspięli się już na muzyczny Parnas i nie są w staniu już mnie niczym zaskoczyć, a poza tym, jak wiadomo, po czasie hossy przychodzi bessa. Jak się okazało 6 grudnia 2011 roku, moje obawy były zupełnie bezpodstawne. Rootsi osiadli na mitycznym Parnasie na dłużej i nigdzie niżej się nie wybierają. Uzyskali poziom wręcz nieosiągalny dla większości artystów tej sceny.  Rootsi znaleźli swoją drogę, podążają nią konsekwentnie i za każdym razem zaskakują nas nowymi rozwiązaniami- jak w przypadku „undun” pomysł z koncept albumem.  

„undun” to pierwszy w historii zespołu konceptualny album. To egzystencjalna opowieść o krótkim życiu Redforda Stephensa (1974-1999). Narratorem płyty jest zmarły już bohater dokonujący analizy najważniejszych w swoim minionym życiu momentów, które doprowadziły do jego tragicznego końca. Jego historia jest opowiadana wieloma głosami co jeszcze bardziej dodaje jej kolorytu i wyrazistości.  

„undun” to najwspanialszy garnitur, w którym wszystkie elementy są uszyte na miarę, a każdy element decyduje o całości wykonania.

Za produkcję i drumy odpowiada oczywiście: Questlove, klawisze: Kamal Gray i James Poyser, perkusja: F. Knuckles, gitara: Captain Kirk, saksofon: Damon Bryson, bas: Mark Kelly.

Świetna, soczysta muzyka, która rewelacyjnie dopasowuje się tempem i klimatem do aktualnie opowiadanej historii.

Warstwa liryczna to oczywiście Black Thought, który kolejny raz udowadnia, że jest jednym z najlepszych mistrzów mikrofonu, a przy tym potrafi wciąż zaskakiwać, jak np. niesamowitą energią i pasją w „One Time”(najlepszy kawałek na płycie!). Jeśli chodzi o gości, to nie możemy narzekać : oprócz Dice Raw'a,  P.O.R.N'a czy Truck North'a, mamy również  Phonte(niszczy w „One Time”), Bilala czy Big K.R.I.T'a. Wszyscy w świetnej formie, poza tym znakomicie wpisują się w elementy układanki „undun”.

Tak jak wcześniej pisałem-„undun” to masterpiece w najczystszej postaci.

Spójny, przemyślany, pełen pasji i ze świetnym klimatem. 

Najlepsze kawałki: „Make My”, „One Time”, „Tip the Scale”,  

Ocena Kirka Douglasa :   8.5/10 
Cpt  KIRK

Ocena sir KlepMaster Klepsa :  

Pisanie o The Roots crew jest banalne. Ileż razy można czytać o tym,że KORZENIE wydali kolejny świetny album, to już jest zwyczajnie nudne!! Kiedyś mówiło się, że Redman to raper bez słabych momentów w dyskografii, dzisiaj na placu boju pozostali Black Thought i spółka. Pieprzone dziesięć (jedenaście jeśli liczyć "Wake Up" z Johnem Legendem) wydawnictw od debitu - "Organix", a było to jeszcze przed naszą erę, w 1993 roku i filadelfijczycy pierwszy raz wydają koncept. Kurwa, ile jest jeszcze idei w głowach Rootsów skoro po 100miliardach godzin muzyki mają kolejny pomysł na płytę,kolejną formę. 

Nie mam zamiaru powielać Cpt Kirka, to fakty, niepodważalne. Są dope, byli dope i będą dope, aż porzyg wchodzi w grę. 

"Rootsi osiągneli absolutne mistrzostwo w robieniu piosenek" - pisałem kiedyś tam o How I Got Over. Tutaj  Questlove, klawisze: Kamal Gray i Jame...(patrz w reckę Kapitana), bronią mistrzostwa wpisując je w historię opowiedzianą od A do Z. Jednak brakuje mi na "undun" trochę mocy. LP należy słuchać od początku do końca, na raz, a przy poprzedniku (HIGO) wrzucenie losowego numeru na boombox jest jebnięciem samo w sobie.  

To tak: 3 pkt za to, że jesteś Roots, 2 za kolejny, "inny" album po dziewięciu/dziesięciu poprzednich, 4 za "undun", minus punkt za uspokojenie już i tak perfekcyjnie wyważonego HIGO. Wynik: 8/10, chyba,że ja jeszcze wszystkiego tu nie rozumiem.  


Pozwolę sobie ukoronować wpis wrzutem z tablicy Szymona G.(i tu 10/10)

"kto nie zna Pana po lewej ten pała!"


Wyjaśnione.

Sir Klepa