Nowy, oczywiście jak to na ZeroSiedem, nieregularny cykl poświęcony magom X muzy oraz ich najważniejsze produkcje.
W pierwszej odsłonie cyklu wystąpi Michelangelo Antonioni.
W tym roku świętujemy stulecie urodzin tego geniusza kina. Jego filmy zmieniły na trwale bieg i oblicze światowego kina. Całkowicie zrewolucjonizował sposób patrzenia na miejsce jednostki we współczesnym świecie, posługując się językiem dotąd nieznanym i niestosowanym.
W swoim filmach starał się odszukać odpowiedzi na fundamentalne pytania: skąd przybywamy? dokąd zmierzamy? Człowiek poszukuje, błąka się i błądzi. Podobnie było z Antonionim na poletku filmowym. Kiedy w 1960 roku na festiwalu w Cannes pokazano film „Przygoda", widzowie wręcz wygwizdali film, choć „Przygoda” zyskała nagrodę krytyków.
Nie przejmował się krytyką publiczności, jak twierdził:
„Nie robię filmów dla publiczności. Chcę robić po prostu filmy”
W latach 1957-1975 zrealizował osiem dzieł, które na trwale zapisały się w annałach światowej kinematografii. Na szczególną uwagę zasługują dwie powstałe we wspomnianym 18-leciu trylogie: tzw. „włoska trylogia samotności” (Przygoda, Noc, Zaćmienie) oraz „międzynarodową trylogię kontestacji” (Powiększenie, Zabriskie Point, Zawód reporter)
Antonioni nie dawał widzowi gotowych rozwiązań. Pozostawiał go w roli obserwatora. Nie prowadzi widza za rękę, nie moralizuje, nie potępia nikogo, nie opowiada się po niczyjej stronie, nie jest sprzymierzeńcem publiczności, nie jest Bogiem. Publiczność sama musi się uporać z burzą myśli po obejrzeniu filmu. Jednak to pozostawienie jej sobie samej powoduje, że dojrzewa, staje się dorosła. Takie kino wyrabia w nim gotowość do własnego zdania i samodzielnej oceny moralnej.
Ciekawostką jest fakt, że w tym samym dniu co Antonioni, zmarł również inny wybitny mag reżyserii – Ingmar Bergman
Cover: Robert Glasper Experiment - Smells Like Teen Spirit
Nirvana jaka jest każdy wie, więc nie muszę zbytnio pisać o tym numerze, pieprzony klasyk. Robert Glasper z zespołem w żaden sposób nie ulepszyli niczego w tej kompozycji, ale utwór jest ciekawym eksperymentem, bo gdzie usłyszymy Nirvane z użyciem autotune'a i bez gitary? Pomimo znienawidzonego przez większość autotune'a cover ma dobry smak, razem z ciepłymi klawiszami i leniwą perkusją tworzy zgrabną całość. Kompozycja nie jest monotonna, pod koniec następuje apogeum w postaci wijącego się syntezatora i kobiecego wokalu, które też jest nadzwyczaj subtelne. Tak jak mówiłem wcześniej, utwór jest ciekawym eksperymentem, ale niczym więcej, nie jest to kawałek do którego będę systematycznie wracał, ale twierdzę że warto sprawdzić i poczuć tą oryginalną adaptacje.
Droga którą obrał Rocky to modelowy
przykład poczynań na nowej, opanowanej przez wylansowanych(SWAG!)
młokosów, hiphopowej scenie; jaką mamy niewątpliwie przyjemność
obserwować, a raczej słuchać. Bo podobnie jak w przypadku
Stalley`a czy wcześniej Big K.R.I.T.`a, wypuszczenie mixtape`u
okazało się idealną formą szerszego dotarcia do świadomego
słuchacza, otwierając przy tym bramy większych wytwórni. I tak
już jest od dobrych 2 lat gdy po kilkuletniej stagnacji spod znaku
wtórnych, słabych produkcji, otrzymujemy „wysyp” stroniących
od utartych schematów freshmenów (Currensy, Tyler The Creator,
Kendrick Lamar itd.).
Prosto z Harlemu do złożenia podpisu
na wielomilionowym kontrakcie majorsa, Sony, dzięki LiveLoveA$AP.
Biorąc pod uwagę warstwę liryczną mikstejpu, sukces jest
zastanawiający. Mówiąc prościej, nie ma tu linijek, które
cytowałbyś znajomemu z wypiekami , a same piosenki są o wszystkim
i o niczym. Mimo braku tekstowego Mount Everest, ba!, braku
tekstowych Rys, gospodarz wychodzi z opresji leniwym flow. Płynie
spokojnie po przestrzeniach, z których na największą uwagę
zasługują te od Clams Casino (polecam kapitalny, darmowy album
„Instrumentals” na którym usłyszymy też produkcje z
LiveLoveA$AP, bez wokali) i to właśnie między tą dwójką
(CC-ASAP Rocky) wydaje się być największa magia na linii
mc-producent. Samo rozpoczęcie albumu numerem „Palace” śmiało
możemy określić mianem PIERDOLNIĘCIA. Tak, rzeczywiście utwór z
niezwykłym rozmachem, pałacowo!
Błędem byłoby pomijanie innych,
równie ważnych twórców mixtape`u jak ASAP Ty Beats. Jego „Peso”
czy „Purple Swag” definiują stylówkę Rakima Mayers`a
(prawdziwe imię i nazwisko) i okazały się celnym strzałem przy
wyborze kawałków do zobrazowania. Rocky w powyższych skrzętnie
wykorzystuje hajp na swag, nadając całej zajawce i przewijającym
się kolegom z ruchu A$AP Mob sens. Chociaż i tak szef jest jeden.
Oby tylko „LLASAP” nie okazało się
opus magnum dopiero co startującego mc z Nowego Jorku. Pozostawienie
wolnej ręki przy doborze materiału byłoby najrozsądniejszym
rozwiązaniem gdyż największa siła ASAP`a tkwi w jego wyczuciu,
jakkolwiek by to głupio nie brzmiało, zdecydowanie ma „ucho do
bitów”.
Stalley – Lincoln Way Nights
Wnioskując po wywiadach etc., nie da się nie lubić brodacza z Ohio, no chyba, że ktoś ma awersję do bród (wtf?!). Przyznam, ten przesymatyczny MC, nie miał łatwej drogi do moich głośników. Kojarzenie Stalleya z fortecą Rick Rossa (ostatnio Oficer zyskuje coraz wyższe noty) wpływało niekorzystnie na decyzję o sprawdzeniu Lincoln Way Nights. Coś tam kręciłem nosem, panczowałem, co było dośc głupie zważywszy na jakość mikstejpu. Okazało się,że LWN (Intelligent Trunk Music) to najbliższy ideałowi zestaw 16 kawałków w tym roku. Idąc za nazwą, rzeczywiście inteligenta muzyka gdzie ważną rolę odgrywa tłusty, gruby bas, bas tłusty i gruby. Słychać,że Kyle Myricks to bystry chłopak, świadomy swojego pochodzenia (Massillon, Ohio), o czym daje wyraz na przestrzeni całego materiału nawiązując do podwórek Ohio, "Ohio. Massillon is a town known for its blue collar work ethic,steel factories, American muscle cars and a love for hard 808 kicks" - cytując nowojorską Mishke. Daleko tu od Swagu, zważywszy na standardy debiutujących świeżaków na Lincoln Way Nights nie dostąpimy ani razu "Swag", bodajże; Stalley nie wpada w pułapkę hustle-mutherfucker-buzz-bitch-patron-purple-weed, w której lubuje się ASAP.
Lwią część zadania wykonał odpowiedzialny za produkcję Rashad, chociaż piąteczka należy się także za "wyśpiewanie" refrenu w Slapp. Bity charakteryzuje wolne, spokojne tempo, co jakiś czas podsycane mocniejszym uderzeniem i sowitym clapem. Jednak nie ma tu mowy o nudzie, "Pound" czy "Hercules" to epicentra trzęsień ziemi, w międzyczasie skutecznie przerwane nastrojowym "The Night". A gdzie czas i miejsce by wspomnieć o "Chimes of freedumb"?! "The Sound Of Silence"?! "She Hate That Bass"?!
Duet Stalley-Rashad upiekł najbardziej spójną i najmniej "kombinowaną" płytę z ubiegłorocznych debiutów. Lincoln Way Nights okazuje się być ciosem dla tych malkontentów, którzy myślą, że sukces może przyjść tylko z odpowiednio wielkimi "plecami" i solidnym zapleczem finansowym. Błąd.Talent w parze z ciężką pracą i sercem włożonym w zajawkę to niezmiennie od lat przepis na zwycięstwo. A Lincoln Way Nights stoi za tym murem.
ps. należą się pokłony organizatorom koncertu Stalleya w Cafe Kulturalna. Wydarzenie zapewne można zaliczyć do dużych plusów minionych 365 dni. Oby więcej takich!.
Ostatnio Antyradio mi przypomniało o istnieniu tego coveru, tego się nie spodziewałem na tej "niezależnie rockowej" stacji która wierzy w swoją "prawdę". Nie ukrywam także że wybrałem akurat ten cover na przekór wszelkim metalheadom i innym którzy nie słuchają muzyki tylko słuchają gatunku, patrzcie w rokowym kawałku "mówi" murzyn, jeden z tych którzy są "gangsta", przecież rap to nie muzyka no, patrzcie Nas rapuje na jakimś szarpidrutowym podkładzie, przecież to napierdalanie na gitarze i perkusji bez składu i sensu. Wiadomo, AC/DC nie pobije nic, ale adaptacja Santany jest wartą sprawdzenia ciekawostką, uważam że to jest dobry cover, swoją ingerencją nie kaleczy orginału, odświeża pamięć o numerze, Carlos swoją gitarą po prostu zachwyca, a poza tym to kooperacja pieprzonyh tytanów muzyki. Gdzieś przeczytałem że na refrenie jest Janelle Monae, ale głowy nie daje... Czy Wy też macie wrażenie że na granych gitarowych podkładach wszyscy raperzy mają jedno flow?
Rzeczywiście miniony rok był
bardzo uprzejmy wobec nas jeśli chodzi o wydawnictwa muzyczne. Jako,
że Naczelny kartelu ZeroSiedem stale naciska na mnie abym wreszcie
strzelił jakieś podsumowanie, zatem nareszcie znalazłem garść
czasu i postanowiłem coś napisać.
Minął rok 2011. Czas na jego
wielkie podsumowanie z kartelem ZeroSiedem. Żeby było jasne:
Kapitan Kirk Douglas nie lubi podsumowań. Szczególnie, jeśli
chodzi o sztukę, bo na podstawie jakiego klucza można dokonać
PODSUMOWANIA czegoś co samo w sobie jest nastawione na indywidualną
percepcję i ocenę? Jak niby mam zestawić różnych artystów i ich
odmienne style oraz zastosowane przez nich środki? Dlatego właśnie
nie jestem zwolennikiem wszelakich rankingów, jednak podzielę się
z wami własnymi odczuciami na temat wybranych pozycji z 2011 roku.
Oczywiście będzie to tylko kilka albumów z racji tego, że
praktycznie cały czas przeczesuje dokonania artystów z ubiegłego
roku, z bardzo prozaicznej przyczyny- braku czasu.
Nie
mogłem się zdecydować na formę jaką ma przyjąć to moje resume,
więc niech to będzie przedstawienie moich ulubionych albumów( a
przynajmniej kilku wybranych) oraz zapamiętane tracki z 2011 roku.
So
let’s start the show:
Mała
legenda na wstępie:
skala
od 1-5
połowa
punktu
Ulubione
albumy A.D. 2011 :
The
Roots – undun
Rzutem
na taśmę, bo album wyszedł dopiero w grudniu 2011, filadelfijczycy
zawładnęli odbiornikami od L.A po Tokio. Eksperyment z koncept
albumem powiódł się w pełni. Nie ma zresztą co pisać więcej,
odsyłam was do naszej recenzji (o
"undun" słów kilka), gdzie razem z Bossem
przedstawiliśmy nasz punkt widzenia odnośnie tej kwestii.
Pharoahe
Monch – W.A.R ( We Are Renegades )
Kolejny
z weteranów tej gry nie zawiódł. Już na świetnym „Desire”
udowodnił, że potrafi doskonale łączyć ambitny, zaangażowany
rap z mocnymi, funkującymi bitami. Soczysty, głęboki, zaangażowany
i przemyślany album. Na „W.A.R” Monch tylko potwierdził swoją
klasę i pozycję. Wśród producentów m.in Diamond D, Marco Polo,
Exile czy M-Phazes.
Big
K.R.I.T. - ReturnOf4Eva
MC
i producent rodem z Missisipi pozamiatał w 2011 roku. Jak się
okazuje, nie postanowił spocząć na laurach i już możemy cieszyć
się nowym mixtapem- „4evaNaDay”. Liczne featuringi i „Return…”
uświadamia nam, że 2011 rok należał do tego pana.
Kendrick
Lamar – Section.80
Rzadko
kiedy coś lub ktoś potrafi zaskoczyć Kapitana Kirka. Lamarowi to
się udało. Niesamowite flow, niby strasznie laidbackowe, a jednak
na tyle charyzmatyczne i mocne, że wyrywa z butów.
Hassaan
Mackey & Apollo Brown – Daily Bread
W
zasadzie to wystarczyłoby tylko napisać, że za bity odpowiada
Apollo Brown. I to byłaby dostateczna rekomendacja. Świetne,
boom-bapowe bity oraz rap Mackeya tworzą niesamowity klimat tej
produkcji. Katować do „bulu” jak ma zwyczaj mawiać Mr.
President. W ogóle duża dawka produkcji wychodzących z labelu
Mello Music Group jest godna polecenia, jak chociażby: Oddisee -
"Rock Creek Park” .
ps.
Apollo
nagrał album z O.C i wyjdzie pod koniec marca, także szykuje się
niezłe wydarzenie!!!
Swollen
Members – Dagger Mouth
Już po odsłuchu pierwszego tracku-“Do or Die” wiedziałem, że szykuje się coś dobrego. Po przeciętnym Armed To The Teeth, kanadyjscy wymiatacze powrócili z przytupem i skutecznie się zrehabilitowali. Generalnie główne propsy dla Rob the Vikinga za warstwę muzyczną, która świetnie współgra z mrocznymi tekstami Prevaila i MadChilda. Zdaję sobie sprawę z tego, że „swollenowi puryści” uznają tylko Balance czy Bad Dreams, ale do cholery to jest moje podsumowanie !!!
Common-
The Dreamer, The Believer
Pogłoski
o mojej śmierci były przesadzone - jak mawiał klasyk
gatunku(zawsze chciałem to napisać!). To samo mógłby rzecz raper
rodem z Chicago. Common powrócił proszę Państwa. I to w wielkim
stylu. Common o jakim już pomału zapomnieliśmy, nawiązujący
stylem i rapowaniem do najlepszych czasów. W
połączeniu z produkcjami No I.D –The Dreamer, The Believer to
swoisty back
to the essence.
Na
najwyższym poziomie. I ja to kupuję.
Jamie
Woon – Mirrorwriting
Pamiętam
moją pierwszą styczność z tym albumem. Znajomy puścił mi go na
swoim iPodzie i choć miałem wątpliwości i byłem negatywnie
nastawiony, to muszę przyznać, że teraz mu za to dziękuję(
thanks Bro). Świetna płyta, z tajemniczym i zakrawającym o
elementy mistyki singlem- Night Air. „Mirrorwriting” to genialne
połączenie dubstepu, muzyki house z elementami r&b i soulu.
Wszystko bardzo wyważone i w odpowiednich proporcjach. Dla mnie Woon
to taki muzyczny Jarmusch- przy pełnym minimalizmie w środkach
potrafi barwnie i dogłębnie przekazać swoje refleksje odbiorcy.
Atmosphere
- The Family Sign
Nie
tylko Kevin Love i Ricky Rubio doprowadzają Minneapolis do wrzenia.
Charyzmatyczny duet; Slug & Anty rozsławiają Minnesotę równie
mocno.
Po
absolutnie genialnym ‘When
Life Gives You Lemons, You Paint That Shit Gold” miałem
pewne obawy co do tej produkcji. Slug, jak mało kto, potrafi w
plastyczny i przekonujący sposób zaserwować nam storytelling,
który w dodatku często „opakowany” jest w zgrabną metaforę.
Tak jest również w przypadku The
Family Sign.
Teksty nad wyraz osobiste i refleksyjne, pełne smutku i
przygnębienia. The
Family Sign
to dobra płyta i na pewno godna uwagi, jednak ja wyczułem lekką
monotonię i wtórność, a wydaje się, że Slug zatracił swoje
dotychczasowe atuty: bezkompromisowość, bezczelność okraszoną
sporą dawką sarkazmu. Mam nadzieję, że tylko na The
Family Sign.
A może to po prostu bezsensowny przejaw mojego malkontenctwa, bo
przecież 90% raperów może tylko pomarzyć o takiej płycie…
Pozostałe albumy:
Sepalot
– Chasing Clouds
Pete
Philly – One
Silent
Knight - Busy Is My Best Friend
Thundercat
– The Golden Age of Apocalypse
Mayer
Hawthorne – How Do You Do
Akua
Naru – The Journey Aflame
Oto
lista kilku kawałków, które najbardziej kojarzą mi się z 2011
rokiem:
Pharoahe
Monch – Evolve
„Moja
twórczość płynie prosto z duszy”. Nie sposób nie wierzyć
Faraonowi. Świetny bit Exile. Mroczny klimat wraz z żeńskimi
chórkami daje nam istna mieszankę wybuchową, a ciarki na plecach
są oczywistością:
„My
shit is straight from the soul, God damn it
It's
the one time only
Vernacular
original miraculous spectacular flow(…)
So
what I'ma do is separate the false from the Judas,
You've
amassed nothing trying to ball like UMass”
Lenny
Kravitz – Superlove
Tak,
tak. Gdzieś w otchłani hustlerskiej duszy Kapitana Kirka tli się
światełko i miłość do dawnych love soundtracków. Klasyk
namaszczony niewątpliwymi wpływami muzyki Prince’a czy Marvin’a
Gaye’a. Poza tym, Lennemu wyszła całkiem dobra płyta- sprawdźcie
ją.
SBTRKT
– Wildfire
Świetny
singiel promujący krążek Aarona Jerome’a, ukrywającego się pod
pseudonimem SBTRKT. Dobry, pulsujący kawałek z magicznym wokalem
Yukimi Nagano.
Starkey
– Open the Pod Bay Doors
Brawo
za klip (!) i niesamowity klimat kawałka. Zresztą ktoś w
komentarzach pod klipem dał nam znakomitą radę: „press play,
lean back, close eyes.. welcome to your
sub-conscience...”.
Ja tak na pewno zrobię.
Kendrick
Lamar – Blow My High ( Members Only )
“Look
at my life then look at yours
Get
some ambition, why you bored?
Time'll
never wait on no man
Society
will never hold your hand”
No
i ten refren prosto od Pimp C (R.I.P)
The
Roots – The Otherside (feat. Bilal & Greg Porn)
Bilal
pojechał ostro po bandzie. W zasadzie to móglbym tu wstawić
większość tracków z “undun”. Trochę nie zgadzam się z
opinią Klep Mastera (tutaj),
że „undun” trzeba słuchać od początku. Tutaj również
wrzucenie losowego numeru( a przynajmniej większości z nich ) jest
jebnięciem samym w sobie…
Raperzy
zaangażowani w ważnej sprawie, a przy tym niesamowita Mela
Machinko.
Akua Naru - The World Is Listening
Kawałek
oparty na motywie Johna Mayera - I Don't Trust Myself, u mnie nie
schodzi nadal z odsłuchu. Zresztą jak cały album „The Journey
Aflame”. Bardzo klimatyczny i hipnotyzujący krążek, który
zdecydowanie „naraża” słuchacza na spędzenie z nim mnóstwa
czasu
Cyne – Chapter II: Teeth
W
zasadzie mógłbym tu wlepić cały album. Idealne przykład na
doskonałą równowagę między melodią a liryką…